Twarda skorupa. Nie ma życia na pierwszy rzut oka, tylko jakieś wymarłe gejzery i inne wypryski. Zaczynamy wiercenia, może coś się znajdzie pod powierzchnią…

Słynny cytat z Lejdis: „Jeśli mężczyźni są z Marsa, to niech sobie tam, k…!, wracają!”. No, jak już tam siedzą, to może wystartujmy sobie z cieplutkiego, rozpromienionego od Słońca Wenus na tą kosmiczną przygodę. Może jak UFO przyleci, to coś z ciekawości samo wypełźnie…

Butla z tlenem- żeby było czym oddychać, gdy atmosfera będzie za gęsta. Odpowiednio ciepły skafander- od Słońca coraz dalej, a więc na pewno powieje chłodem. Latarka, bo to wolniej się obraca, to i noc będzie dłuższa. Zresztą, już zostało zaznaczone, że promyczków jakby mniej i jakby dalej od nich…

Zaczynamy wiercenia. Oczywiście komplet zapasowych wierteł, bo niejedno się złamie na tej twardej skorupie. Pierwsza próba zakończona fiaskiem. Kolejne wiertło. Coś wchodzi, lekko, bo lekko, ale idzie powoli w głąb. Drążymy, a nuż coś wypłynie. Nic z tego. Próbujemy dalej. Kupa pyłu, krztusimy się. Kurz wlatuje nam do oczu, te zaczynają mimowolnie łzawić. Ale nie poddajemy się. O, coś puszcza. A, to tylko nasze kobiece nerwy…

O, jakby coś tam było. Wahadełko! Intuicja podpowiada, że w środku płynie jakaś ciecz czymś napędzana! Idziemy zaopatrzone w owe wahadełka i magiczne różdżki. Więcej się domyślamy, aniżeli bazujemy na faktach. Ale od czegoś trzeba zacząć…

Oho! Mamy coś. Dawaj łopatę, postukam po skorupce, może coś pęknie. Wysiłek to nieziemski na delikatne babskie łapki. Ale dla zdeterminowanego, choćby nawet coś trudnego, to wykonalne. Poszło! Kruszy się!

Jaaa… Tam faktycznie coś płynie! Ty, ale to nie idzie na powierzchnię… Co jest grane?! To jakiś krwoto-potok wewnętrzny. A niech mnie drzwi trzasną! To dopiero zjawisko… Nie, ja tam nie wchodzę, nie mam już siły na dalsze badania… Jak wypłynie, to zobaczę, co to. Jak nie, to nie- już mi się odechciało wszystkiego…