Pada śnieg, pada śnieg…! 😉

Teoretycznie barwa biała. W praktyce również złota (ooo, taaaak, pamiętam, jak dzieciaki dopadły złoty śnieg i jaką miały radochę, obrzucając się nim), gdy piesek potrzeby swe fizjologiczne załatwi (albo osiedlowy pijaczek- ostatnio w drodze do bankomatu nie wiedziałam, gdzie oczy mam podziać, tak mi wstyd było, gdy takowy osobnik opróżniał swój pęcherz moczowy przy akademiku), brunatny, bowiem zwierzątko lub człowiek koks zasadził na zimowym puchu, albo zwyczajnie to się z błotkiem zmieszało.

Wszędzie na zewnątrz. W czasach do studiów również wewnątrz. Wewnątrz koszulki, stanika, spodni. Potem tak ślicznie krajobrazy wyglądały zza okna, gdy siedziało się przy grzejniku z zapaleniem oskrzeli i gorączką. Ja rozumiem, że chłodna temperatura jest wrogiem cellulitisu, ale panowie, aż tak bardzo dbać o nasze sylwetki nie musicie. Chłodniejszy prysznic, treningi i diety naprawdę nam wystarczą w walce z tkanką na zimę ogrzewającą.

Ostry i siarczysty, jak mróz, dzięki któremu się trzyma. Szczególnie jego chropowatość odczuć można było na twarzy, jak koledzy pocierali zbitymi kulkami policzki. Albo ekstremalna forma: wrzucali w zaspę i tam pucowali twarzyczki. Wykastrować aż się ich chciało.

Plastyczny. Piękne bałwanki formować można. Albo psychiczne bałwanki formują z niego kulki i rzucają w niewinne stworzenia (ał…).

Twardy. Wręcz materiał budowlany. Można budować takie przyjemne domki, nawet fundamentować nie trzeba. I jak się na głowę coś zawali, to wykopać się można- tak, tak, to też z autopsji wiem.

Obrażony na siłę tarcia. Ale przynajmniej amortyzuje upadki. Rozwiązanie? A szpileczki na śnieg założyć. Normalnie jak kolce w oponach. Prawie jak buty alpejskie 😀