Czyli moje wspomnienia z tego niesamowitego kraju, przez który wzdłuż przejeżdżałam.

Na piękny początek- dezynfekcja. Te brudasy z Bułgarii. Co tam z Bułgarii! Te brudasy z Unii Europejskiej! O ile wjeżdżając do Bułgarii przejeżdżało się przez taką sikawkę, o tyle wjeżdżając w rumuńską krainę trzeba było przejechać przez takiej bajoro, co w nim silnik utopić można. No i zapłacić, bodajże 10 euro. Samochód nie zalany, można zaczynać przygodę.

Drogi- w bardzo ładnym stanie. Spowalniacze- punkt za pomysłowość! Półmetrowy pagórek z asfaltu, na którym podwozie urwać można. Gdy już stan przedzawałowy minie, gdy ma się ABSy, można ruszać dalej.

Budownictwo- różnorodne. Cyganie mieszkają w pięknych pałacach z wieżyczkami, których kopuły podobne do tych na Kremlu. Ludzie zwykli, że tak to ujmę- w szarych, nieocieplonych blokach, z odpadającymi częściami, od których roi się w centrum Bukaresztu. Ludzie zwykli jeszcze bardziej- w szopach zbitych z desek.

Zamiast słupków przy drodze co 100 metrów- prostytutki. Co kilometr jakiś alfons. Łatwo można obliczyć odległość.

Rozrywki dla dzieciaków- kąpanie się z prosiakami w płytkich bajorkach. Tyle o ogółach. Teraz szczegóły!

Bukareszt- mieliśmy go ominąć. Drogowskazy? Na Bukareszt i na Bukareszt Centrum. Na forum pisali, że drogi „nie teges”. Przecież nie pojedziemy przez centrum stolicy. Jedziemy na Bukareszt. Tylko żadne z nas nie wiedziało, że rumuńskie „centrum” to… objazd. Niefortunnie wjechaliśmy więc do centrum.

Zatankować trzeba. A tam na południowym wschodzie, to i benzyna setka. Ło! Jedzie się niczym porsche. Na stacji tir na obcych rejestracjach. Jeden dzieciak rzuca się na szyby i je myje, drugi na kierowcę wysiadającego z tira. Tankujemy i gazu jak najszybciej, ucieczka!

Na światłach podchodzi dzieciak. W samych spodenkach (majtkach?). Brudny, bez kawałka ucha, cały w bliznach oparzeniowych, na bosaka. Stoi przy aucie. Mama wyciąga jakąś tam monetę w walucie euro i mu daje. Dziecko zdziwione, jakby nigdy takiego pieniążka nie widziało. Zielone, uciekamy!

Zasada ograniczonego zaufania zalecana w większej dawce. Rumuni lubią wyprzedzać z prawej strony, a zamiast kierunkowskazu wyciągnąć rękę przez okno i pomachać. Może tam inne przepisy obowiązują?

Zachwyt ojca nad rumuńskimi drogami. A na forum tak psioczyli! Chwali, chwali… Nagle łup! Roboty drogowe po rumuński. Czyli: nawierzchnia zerwana z dwupasmowych jezdni, w obydwu kierunkach ruchu, jeździ się po torach tramwajowych z odkrytymi studzienkami. To dopiero emocje!

Alleluja, nic nie urwane, można jechać dalej. Tutaj drobny problem, bowiem wnikliwemu obserwatorowi urywa się z tyłu film.

Autostrady- ładna nawierzchnia, ładnie odgrodzone pola i lasy. Co jakiś czas dziura w drodze (spowalniacz?). Rumuni zwykli tam wyrzucać psy różnych rozmiarów, maści i ras. Taki psiaczek, przez właśnie te ogrodzenia, nie może się z drogi wydostać. W efekcie pełno porozjeżdżanych psich zwłok…

Wnikliwy obserwator znowu oślinia tylne siedzenia. Zasnęło mu się. Aż nagle słyszy.

-O, Transylwania! A to, co najbardziej jęczało, żeby jechać przez Rumunię to tak tam z tyłu chrapie?

Obserwator się budzi. Jest środek nocy.

-Ty, tu faktycznie czosnkiem śmierdzi- zauważa mama. –Coraz bardziej. Zaraz… A co tam tak z tyłu chrupie?

Obserwator wyczaił czosnkowe BakeRollsy.

-Ja jem czosnkowe BakeRollsy, bo się wampirów boję- mamroczę z pełną buzią, obrażonym tonem trochę.

Ale, ale… Góry, zamki, potoki, rzeczki! Boże! Cud, po prostu cud! Gdyby nie natężenie prostytutek (turyści, to i okazje), to miejsce idealne! No coś pięknego!

Wypadałoby się zatrzymać. Podziwiamy w nocy widoki. Obserwator już zakochany w tym miejscu, a jakże! Tato posiłkuje się magnezem i kawą, mama ogląda tu i tam, obserwator radosny. Nagle w naszym kierunku, a konkretnie taty, nadchodzi prostytutka (po uprzedniej konsultacji z alfonsem, jak zauważyła mama).

-Chodź- mówi do mnie, -bierzemy ojca i jedziemy, bo jeszcze nam go zgwałci!

Wsiadamy do auta, ona prosto na nie. Ojciec depcze pedał gazu, mama już wrzask, że co on robi!

W ostatniej chwili samica odskakuje.

-Tak się ku**wy traktuje- mówi ojciec.

Jedziemy dalej. Dalej Transylwania. Górskie, kręte drogi. Jeżdżą, że niech ich drzwi. Kolumna tirów z polskimi rejestracjami. Przepuszczają nas i skutecznie blokują resztę ruchu, mamy drogę wolną. Na nawierzchni rozrzucone rozjechane mięsko. Nie, to nie piesek. To jakiś Rumun…

Dojeżdżamy do granicy rumuńsko- węgierskiej. Obserwator może się przysłużyć- idzie kupić winietę. Węgrzy się patrzą, to obserwator po angielsku, czy może. Oni na siebie, coś po węgiersku. No to obserwator po niemiecku. Też nie załapali. No to po włosku obserwator klepie w akcie rozpaczy intelektualnej. A oni?

-Romania!- i pokazują, żebym sobie zawróciła.

Obserwator spojrzał przymrużonymi oczyma…

-Ta, k***a, Romania, pfff.- i sobie poszedł.

Zdziwieni byli, nie ma co…

Och, i jeszcze jedno- tylko w Rumunii można spotkać wozy zaprzężone w osły/konie. I to na autostradzie! Polecam każdemu 🙂 🙂 🙂