Wszystko, co nie pasuje, nad dno szafy pamięcią nazywaną. Na PCK czy inną instytucję charytatywną to raczej nie bardzo- największemu wrogowi się tych brudów na ogół nie życzy (chociaż ja jednemu obleśnemu, podstarzałemu chamowi, który zniszczył mi psychikę, życzę jeszcze bardziej usyfionych, ale to już inna bajka…).

Wszystko, co niemiłe, na kupkę. Takie, co na odchodne się dostało od życia. Kupa odchodów. A sio, do podświadomości. Ale ciśnie to w jelitach, na formę neuronów przybranych. I jakoś tak dziwnie uciska na główkę i serduszko, gdy coś się dzieje. I jakieś mniej lub bardziej wytłumaczalne zachowania się rodzą. I urojenia. I lęki.

Człowiek żyje sobie z tym mentalnym zaparciem, nawet nie zdaje sobie często z niego sprawy. Czasem go coś tam przyciśnie, ale jakoś nie wpadnie na pomysł, żeby posiłkować się jakimś środkiem przeczyszczającym pamięć. Będzie co najwyżej posiłkował się środkami znieczulającymi- nikotyną, alkoholem, czymś mocniejszym. Na koniec może i zejdzie na psychotropy. Ale na podświadomość kupka dalej uciska…

W pewnym momencie podświadomość jest już tak zapełniona odchodami, żeby nie powiedzieć inaczej (ok., zasrana, ciśnie mi się to po prostu…), że nie ma miejsca na kolejne bolączki. I każde słowo, każdy godzący gest siedzi w świadomości, w pełnej gotowości, aby w każdej chwili go wypomnieć z jak najmniejszymi szczegółami. Ale prawdziwa kupka dalej uciska…

W końcu, po trudach i próbach, o ile takowe się podejmie, to coś zaczyna wypływać na powierzchnię. Ostatecznie są jeszcze te środki przeczyszczające. Gałki oczne prawie z orbit wylazły, łzy pociekły z wysiłku, rumieniec wściekłości na twarzy. Jest! Urodziło się to to! Tylko teraz jest obok, dryfuje sobie i śmierdzi. I trzeba coś z tym zrobić, zanim coś się w tym zalęgnie i pełzać zacznie, bo może dojść do jakiegoś zakażenia i dopiero będzie problem… Tam ma być czysto! A jeśli coś ma siedzieć, to na pewno nie żadne g…!