Budujemy mosty dla pana starosty… O tak, przyjemna to była zabawa w dzieciństwie. Bo w dorosłości to raczej rzuca się ogień i mosty pali…

Most, łączący dwa tereny prywatne, wybudowany niewielkim (lub nieco większym) kosztem. Inwestycja, materiały, na ogół bez jakiegoś większego projektu. Łatwo pierwszy most wybudować. Czy to kładkę postawić.

Są podpory, wszystko, chociaż bez pomocy inżynierskiej, jakoś się trzyma. Czasami most łączy dwa odległe tereny. Trzeba ruszyć tyłek i zobaczyć, co jest po przeciwnej stronie. Ale nie, po co. Lepiej obserwować z daleka. Co tam, ze obraz mało widoczny. A jeszcze jak ma się wadę wzroku, to już całkiem. Jakieś niewyraźne kontury, iluzje… Wyobraźnia działa i dopowiada. Wściekłość narasta. A co tam! Pach, ogień na konstrukcje… I zostają tylko zgliszcza.

Po jakimś czasie następuje otrzeźwienie. Bierze właściciel jakiejś posesji lornetkę i nagle, ze zdziwieniem, a jakże, stwierdza, że jednak się pomylił. No, ale most jest już spalony. Teoretycznie można przecież odbudować.

Robi koncepcję. Zakłada materiały, konstrukcję, potem wylicza swoje możliwości. Próbuje. Podstawa nośna- zaufanie- mocne zmęczenie materiału. Może da się odbudować. Może wyspa przez dryf kontynentalny nie odpłynęła jeszcze za daleko. Może tamta strona też jeszcze z jakichś nielogicznych przyczyn chce inwestować, nie zważając na upadek poprzedniej inwestycji i skraj bankructwa emocjonalnego.

Roboty budowlane rozpoczęte. I nagle… A to skończył się materiał, a to zmęczył się budowniczy. Nieważne, kładka ma dziury i nie ma czym jej wypełnić. Albo jest czym, ale budowniczy albo zmęczony, albo ma jakieś fobie. Albo wpadł w którąś z dziur i tkwi w niej, oczekując, aż ktoś nadejdzie z drugiej strony i wyciągnie pomocną rękę. Bo ten most buduje się z dwóch stron…