Kładka Piątek, Gru 10 2010 

Budujemy mosty dla pana starosty… O tak, przyjemna to była zabawa w dzieciństwie. Bo w dorosłości to raczej rzuca się ogień i mosty pali…

Most, łączący dwa tereny prywatne, wybudowany niewielkim (lub nieco większym) kosztem. Inwestycja, materiały, na ogół bez jakiegoś większego projektu. Łatwo pierwszy most wybudować. Czy to kładkę postawić.

Są podpory, wszystko, chociaż bez pomocy inżynierskiej, jakoś się trzyma. Czasami most łączy dwa odległe tereny. Trzeba ruszyć tyłek i zobaczyć, co jest po przeciwnej stronie. Ale nie, po co. Lepiej obserwować z daleka. Co tam, ze obraz mało widoczny. A jeszcze jak ma się wadę wzroku, to już całkiem. Jakieś niewyraźne kontury, iluzje… Wyobraźnia działa i dopowiada. Wściekłość narasta. A co tam! Pach, ogień na konstrukcje… I zostają tylko zgliszcza.

Po jakimś czasie następuje otrzeźwienie. Bierze właściciel jakiejś posesji lornetkę i nagle, ze zdziwieniem, a jakże, stwierdza, że jednak się pomylił. No, ale most jest już spalony. Teoretycznie można przecież odbudować.

Robi koncepcję. Zakłada materiały, konstrukcję, potem wylicza swoje możliwości. Próbuje. Podstawa nośna- zaufanie- mocne zmęczenie materiału. Może da się odbudować. Może wyspa przez dryf kontynentalny nie odpłynęła jeszcze za daleko. Może tamta strona też jeszcze z jakichś nielogicznych przyczyn chce inwestować, nie zważając na upadek poprzedniej inwestycji i skraj bankructwa emocjonalnego.

Roboty budowlane rozpoczęte. I nagle… A to skończył się materiał, a to zmęczył się budowniczy. Nieważne, kładka ma dziury i nie ma czym jej wypełnić. Albo jest czym, ale budowniczy albo zmęczony, albo ma jakieś fobie. Albo wpadł w którąś z dziur i tkwi w niej, oczekując, aż ktoś nadejdzie z drugiej strony i wyciągnie pomocną rękę. Bo ten most buduje się z dwóch stron…

Zapracie w armacie Piątek, Gru 10 2010 

O, tunel. A tam ciemno, światełka nie ma. Ciekawe, co może być w środku… Pakuje homo sapiens głowę w tę dziurę i się rozgląda. Nic nie widać. Idzie głębiej i głębiej. I w końcu cały w tym tunelu bez wyjścia się mieści. Nagle ktoś przykłada płonącą zapałkę do lontu… Łup! Sapiensik leci w przestworza…

Siła wyrzutu zależy od wielu czynników: od powierzchni armaty, czasu przebywania w niej, długości lontu… Delikwent w armacie to zazwyczaj taka kupka przy końcowym odcinku jelita grubego. Zatwardzona kupka. Twardnieje, twardnieje, w końcu zostaje wydalona.

Chyba każdy człowiek doznał uczucia odrzucenia. Tak, robi wrażenie, na jakimkolwiek etapie egzystencji by to się nie wydarzyło. Zawsze jest to szok. Jego siła jest wprost proporcjonalna do siły odrzutu. I jak mocno zaryje się w glebę, gdy już skończy szybowanie w emocjonalnej próżni- czy tylko upadnie, czy zakopie się po łokcie w błocie.

Freud rozprawiał się nad wyparciem. Według jego teorii, człowiek, który ma brudne myśli, co paskudzą mu świadomość, wypiera je do nieświadomości. I jakby nie istniały, tylko czasem ten ich syf wychodzi w działaniu i reakcjach. Ale są niewidoczne- a skoro ich nie widać, to tak, jakby nie było. Ale to takie duchy, co mieszają. To takie zaparcie w umyśle- jest kupka, ale wewnątrz, wyjść nie chce i naciska w te jelito w mózgu. A potem przez te naciski jakieś lęki, niewytłumaczone zachowania.

Mężczyzna odrzucony w dzieciństwie przez ojca, podświadomie wypiera swoją męskość. Będzie raczej przebywał w towarzystwie kobiet, jego preferencje będą raczej krążyć wokół damskich zajęć. Podobnie kobieta odrzucona przez matkę, będzie ukrywała swoją kobiecość- będzie pokazywała swoją męską naturę, ukrywała delikatność i oddawała się z pasją męskim zajęciom. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jeśli się takiemu osobnikowi coś takiego powie, to naturalnie temu zaprzeczy. Naprawa kontaktów, wyciągnięcie brudu z podświadomości pozwala na prawidłowe kształtowanie psychiki. Ale od tego jest doktor od głowy…

Nieśmiałość rodzi się z odrzucenia. Raz człowiek odrzucony, będzie wykazywał lęk przed odrzuceniem. Żeby było jeszcze śmieszniej, jeśli już nawet przełamie swój strach, to zrobi wszystko (oczywiście podświadomie), żeby partner/ka go odrzucił/a. Na jakim etapie- to już nieistotne. Strach przed odrzuceniem będzie powodował zachowania, które będą dążyć do odrzucenia i potwierdzenia wyimaginowanej teorii, że wszyscy odrzucają. (I wiem to nie tylko z tych tomów książek psychologicznych, które od ładnej dekady pochłaniam, ale i z własnego doświadczenia, jak potrafiłam spieprzyć wiele potencjalnie pięknych relacji, bo ktoś kiedyś boleśnie mnie odrzucił- no, ale mądry człek po szkodzie…).

 

%d blogerów lubi to: