Fundamenty są. Zaufanie jest. Zbudujmy dom. W domu musi być kanalizacja, żeby nagromadzone odchody ujście miały i nie zatruwały swym zapaszkiem atmosfery. No i elektryka oczywiście- żeby ciągle iskrzyło, odpowiednio zabezpieczona, by nie było zwarć…

Gołąbki, jakie to urocze. Takie młode, naiwne, gruchające. Ta pierwsza faza, kiedy fenyloetyloamina z najpoważniejszego logika, czy mniej poważnego magika robi kompletnego świra. Piękne. Na dachu, z widokiem rozpostartym na szeroki horyzont mają siebie w garści niczym wróble. Jak na gołębie przystało- na wszystko hm… wypuszczają ze swych ptasich kloak strawiony pokarm.

I gniazdko wić poczynają. Przytulne, przestronne, ciasne- w zależności od funduszy i założeń intercyzy, ale własne. Zaufanie to podstawa, taka fundamentowa ława. Od biedy stopa. Ciężka. I Achillesowa- bo jak się weń zrani, to boleć będzie przy najmniejszym bodźcu.

Ściany. Solidne, murowane. Żeby puścić tam przewody kominowe- gazowe (by się nie zatruć trującymi oparami), spalinowe (gdy zadyma jako taka wybuchnie) i wentylacyjne (na wypadek, gdyby któryś z gołąbków za dużo pary z Dziubka wypuścił). I żeby instalacje odpowiednio poprowadzić. Wod.-kan. Od biedy w stropach (żeby tylko później gadania nie było jedno do drugiego, że nierówno pod sufitem ma). Elektryka- koniecznie w tych ścianach.

Kable- miedziane, solidne. Żeby dobrze przenosiły impulsy elektryczne. I gniazdka, żeby zabezpieczyć przed wszelkimi kopniakami. Z takimi dziurkami, żeby móc bolce wsadzić i się połączyć. I jaką radość z tego czerpać… Światło zapłonęło w ciemną noc. Ups… Żarówka się przepaliła.

Kontakty. Koniecznie. Zabezpieczone, żadnych dziur tym razem. Trzeba utrzymywać elektrownię. A właściwie kontakt z nią. I byle bliższy kontakt, jakikolwiek próby rozebrania takowego kontaktu, dotknięcia wilgotną strukturą i może skończyć się tragicznie. I piórka się posypią po takich elektrowstrząsach.

Dach przecieka. Kapie, krople odbijają się o ptasi móżdżek. Drażni niemiłosiernie to echo. Jeszcze gołąbek nie zdaje sobie sprawy, że to jego ślepota taką pustkę wytworzyła. Dziobie w szybę. W drzwiach kraty. To nie gniazdko! To klatka!

Zadziobią się. Wyrwą z siebie cały puch! Zawieja z piór!

Gniazdko się rozpada. Ktoś z gniazdka wyfruwa. Cóż. Gniazdko trzeba zniszczyć. Przede wszystkim całą tą elektrykę. Najlepiej od razu dynamit pod to i w powietrze z dymem puścić. Po co kuć ściany, jeszcze coś będzie wystawać i kopać niespodziewanie…

To była wersja pesymistyczna. Optymistyczna obejmuje solidne gniazdo, złożenie jaj, wysiadywanie ich. Gołąbek przeistacza się w kurę. Domową kurę. Rosołek co niedziela na obiadek, żeby podgrzać rodzinne ognisko, czasem dorzucić koksu lub dolać oliwy. Codzienność. Młode odchować i pozwolić im wyfrunąć. A samemu, w duecie, doczekać opadnięcia piór.