Popyt na szczęście Piątek, List 26 2010 

Niegdyś kartki na mięso, dzisiaj na szczęście. Popyt jest. I żeby było śmieszniej- wszystko wskazuje na to, że jest to popyt efektywny. Niby posiada się wszystko, niby ma się środki do nabycia… Tylko- co właściwie nabywać? Pólki świecą pustkami, a w kieszeniach węże…

Wszystko jest na sprzedaż. Pół biedy, kiedy sprzedajemy swoją duszę diabłu. Gorzej, jeśli oddajemy ją za darmo, albo- co gorsza, jeszcze dopłacamy do tego interesu z tombaku.

Popyt na szczęście ma charakter sztywny. Jesteśmy zapłacić praktycznie każdą cenę, bez względu na jej wysokość, aby tylko je nabyć. Szczęście w założeniu powinno posiadać dożywotni termin ważności, takową również mieć gwarancję i zapasowe części wymienne. Dodatkowo winno być płodne, by rozmnażać swe uroki. Made In China nie wchodzi w rachubę. Chyba, że chińska porcelana- ale jest zbyt krucha przeto, aby próbę czasu przetrwać.

Może to strach przed szczęściem czyni ten towar tak trudno dostępnym. Może mimo wszystko cena jest za wysoka. Łatwiej zamknąć oczy, schować portfel do kieszeni. A na szczęście są talony. Są losy na loterii. Są bony… A szczęście, choć tak piękne i kuszące, z powodu braku zainteresowania trafia na coraz wyższe półki. A potem może być już za wysoko. I się zakurzyć…

Ludzie zwykli zadowalać się podróbkami, zgodnie z zasadą jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie robią nic w kierunku potencjalnej zmiany. Wolą oryginalne rzeczy materialne od prawdziwych doznań emocjonalnych. A przecież to emocje tworzą wspomnienia, nie kilka szmatek z metką… Wspomnień się nie wyrzuci do kosza, nie odda na PCK. Wspomnienia zostają tylko w owalnej części ciała ich właściciela, gdzie rozgrywają się wszystkie batalie. O nich można opowiadać, można je pokazywać na fotografiach- ale ofiarować ich nikomu się nie da.

Szczęście nie jest materialne. Szczęścia się nie kupi ot tak. Na szczęście wcale nie trzeba sobie zapracować. Trzeba je tylko rozpoznać w odpowiednim czasie, przygarnąć i się nim zaopiekować 🙂

Pajrat drogowy Piątek, List 26 2010 

Siedzisko ustawione, lusterka przygotowane na obserwację z różnych stron, aby nic nie zaskoczyło w ostatnim momencie, pasy zabezpieczają skórzany worek z kośćmi i mięsem uformowany w homo sapiens. No to odpalamy, pierwszy bieg, ręczny w dół, rozejrzeć się i… WIO! W drogę!

Byle nie za szybko sprzęgło puścić. Falstart. Chciałoby się wszystko od razu. A tak dobrze to nie ma… Musi być jakaś asekuracja. Organizm jest naturalnie wyposażony w system immunologiczny. Jak samochód. W czasie gorączki nie da się ruszyć z kopyta, mechanizm się krztusi.

Drugi bieg. Można sobie na zabawę pozwolić. Mocny silnik i układ nerwowy przy okazji, depnięcie, tak do końca, na całego… noga z gazu… i dawaj do końca! Ten, co tak namiętnie gaz trzyma od samego początku znika w lusterku… Baj, baj, maszkaro! Jak tak będziesz cisnął, to ci pod górkę auto zdechnie.

Trzeba energooszczędnie. Żeby jak najmniej paliwa spalić. I regularnie się tankować (nie mylić z tankowaniem studenckim, tudzież wzmożonym w miejscach zamieszkania zbiorowego, jak akademiki). Bo nie daj boziu, pod górkę zabraknie… Oj, kiepska sprawa. Albo gdzieś na odludziu. Kanister i szukać najbliższej stacji i ukojenia.

Pod górkę, ciężko, ciężko… Ale daje radę. Najgorsze jest ruszanie. W sumie, osobiście takowe najbardziej lubię- tak spektakularnie wydrzeć z ręcznego. A potem już tylko z górki… Co najwyżej czasem po hamulcu, żeby gdzieś na czyimś tyłku nie skończyć, co wiążę się z poważnym ryzykiem katastrofy. Nie każde zbliżenie jest zdrowe…

Błotkiem rzucać ktoś w nas może. Kubeł zimnej wody wylać. No, ale od czego są wycieraczki? Ewentualnie trochę płynu do spryskiwaczy i już jasny widok mamy. A że sobie popluje… Jego problem. Myć trzeba, czasem po porostu częściej…

Jak ktoś zwalania przed nogami, wyprzedzić trzeba. Uwaga na wariatów z naprzeciwka- czołówka nic miłego. Niektórych ominąć szerokim łukiem. A z niektórymi tylko się mijamy, czasem tylko jakiś sygnał sobie dajemy, że może jakiś groźny piesek za rogiem albo inne niebezpieczeństwo. Totalnie neutralne relacje interpersonalne.

No i znaki. Gdzież byśmy bez nich zawędrowali? Cenne uwagi, czasami jak byk przed nosem. A byka się nie rozwściecza. Trzeba za znakami podążać. Czasem tak bywa, że ktoś usilnie daje znak, a kierowca swojego życia ślepy jak sowa w biały dzień… A potem ma. O.

Na zakrętach życiowych zaleca się zdjąć nogę z gazu- zbyt duże jest ryzyko wpadnięcia w poślizg. No, chyba, że ktoś lubi adrenalinę i jak najszybciej chce wyjechać na prostą 🙂

Przejazd na czerwonym świetle oczywiście daje moc adrenaliny, przekracza się ogólnie ustalone normy, ale skandal czasami potrafi zniszczyć życie. Ale bywa, że jakiś opóźniony baran stoi na zielonym. I blokuje resztę ruchu…

Cel- bo każdy go ma. Po dotarciu zaparkować, wyjść, pooddychać. Zachwycić się. Ustanowić sobie nowy cel. I w drogę…

A, i najważniejsze- przed jakąkolwiek jazdą trzeba się co nieco podszkolić. Zrobić sobie taki mały kurs. Jak to powiadają- trening czyni mistrza. A życie przeegzaminuje już samo…

 

Minione Piątek, List 26 2010 

Nie żałuję żadnej z chwil

Ogień w sercu wciąż się tli

W niespokojnym śnie

Pogrążałam się

Coraz głębiej

I w otchłani myśli ciemniej

Zanurzałam się w wspomnieniach

Z poprzedniego życia

Choć nie widzę cię

Choć marzenie już bezbarwne jest

Obraz zamazuje się i zmienia

Już niepamięć chwyta

W zimne dłonie

Umysł płonie

Ogień myśli konsumuje

Bez wyobrażenia z błędem

Świat na nowo dziś buduję

 

%d blogerów lubi to: