Rok

Wiosna, lato, jesień, zima… O tak, pamiętam, jak się w przedszkolu to wymawiało i jaka dumna byłam, że znałam to (i miesiące) jeszcze przed wszystkimi dzieciakami z grupy. W naturze nic się nie zatrzymuje, wszystko zatacza koło, jest jasno określonym cyklem…

Na wiosnę wszystko się budzi do życia. Świat ma jeszcze lekko zapuchnięte oczy, jak niedźwiedź po zimowym śnie, wory pod nimi i śpiochy w kącikach. Pierwsze promienie słoneczne dają po oczach tak trochę, jakby się na kacu było. Rośliny wypuszczają pierwsze pąki, matki dzieci ze swych łon (te, które jesienna chandra dopadła). Taki dzieciaczek budzi się ze swojego pierwszego zimowego snu. Najważniejsze, by nie nastąpiło to  przedwcześnie- przymrozki nie tylko dla roślin groźne. Mogą przytrzymać rozwój, czasami na stałe. Za późno też nie zdrowo- można przespać pewien etap rozwoju i ciężko będzie się w otoczenie wpasować, a już tym bardziej je dogonić. Grunt, to wpasować się w odpowiednią pogodę. A to zgoła trudne, bowiem-jak wszem i wobec wiadomo- pogoda jak kobieta w ciąży- hormony strzelają jak wiosenne pioruny.

Wiosna to piękny okres. W większości przypadków oczywiście. Znowu uzależnienie od czynników atmosferycznych. Istotne, w jakiej atmosferze się dorasta.

Wczesne lat. W sumie to jeszcze późna wiosna. Okres dojrzewania zielonych owoców. Płatki ochronne z kwiatków już pospadały, a ta zieleń to tak różnie się rumieni. Do niektórych słońce dociera nieco później. I pierwsze wyładowania atmosferyczne. Bunt na zamianę pory roku. Parówa, że wytrzymać ciężko. Bum! A potem chwila spokoju- do następnego zagęszczenia się powietrza…

Lato, lato, lato czeka! Razem z latem… pełen wypas nowych możliwości, szerokie horyzonty… Ta dam! Oto wiek młodzieńczy! Wiek, w którym jeszcze bez większych konsekwencji można popełniać błędy, próbować, pucować te owoce na słońcu przygrzane… Pogoda zazwyczaj (znowu…) skłania do uniesień i szybowania w chmurach- jeśli takowe są. Ale co tam, nawet jeśli ich nie ma- iść, ciągle iść, w stronę słońca.

Pod koniec lata owoce wypuszczają z siebie swoje nasiona. Nie od razu zakiełkują, ale coś z tego wyjdzie. W większości przypadków, oczywiście.

Jesienią, jesienią, sady się rumienią… Ze złości, ze latorośle mają swoją wiosnę. Albo- co gorsza- wczesne lato. Dają popalić, że aż liście czerwienieją. Ale to piękne takie. Czasem jakiś przymrozek, bo to przekwita kwiat życia powoli. Jesień może być piękna, złota- na ogół czegoś człowiek się dorabia właśnie w tej jesieni życia. Ale może też być deszczowa, pochmurna i ponura. Może dopaść jesienna depresja…

Pierwszy śnieg ukoi. Przyprószy włosy, twarz pomarszczy się pod wpływem chłodu z dworu. Ale jakie to radosne! Wnuki na sanki, ciepły piecyk, druty, szydełka, bajki na dobranoc. Takie przygotowanie się do ponownej wiosny. A im dalej zimy, tym człowiek jakby bardziej wiosnę czuł…

I tu moja główna łamigłówka: jeśli człowiek jest tak powiązany z naturą, to co dzieje się po tej zimie? Reinkarnacja, czy jaka cholera?!…