Szept Wtorek, List 30 2010 

umysł pustoszeje

gdy przygrywa uśmiech

milkną duchy

z przeszłości wywołane

nim wiatr zawieje

nim na rękach czas uśnie

niemy i głuchy

na zawsze już stanie

.

otuli skrzydłem

anioł zaklęty

milczeniem opowie

lecz on tylko jest widmem

ziemskim życiem przeklęty

zniknie

nim prawdy się dowiem

 

Kąt-tak-takt Wtorek, List 30 2010 

Fundamenty są. Zaufanie jest. Zbudujmy dom. W domu musi być kanalizacja, żeby nagromadzone odchody ujście miały i nie zatruwały swym zapaszkiem atmosfery. No i elektryka oczywiście- żeby ciągle iskrzyło, odpowiednio zabezpieczona, by nie było zwarć…

Gołąbki, jakie to urocze. Takie młode, naiwne, gruchające. Ta pierwsza faza, kiedy fenyloetyloamina z najpoważniejszego logika, czy mniej poważnego magika robi kompletnego świra. Piękne. Na dachu, z widokiem rozpostartym na szeroki horyzont mają siebie w garści niczym wróble. Jak na gołębie przystało- na wszystko hm… wypuszczają ze swych ptasich kloak strawiony pokarm.

I gniazdko wić poczynają. Przytulne, przestronne, ciasne- w zależności od funduszy i założeń intercyzy, ale własne. Zaufanie to podstawa, taka fundamentowa ława. Od biedy stopa. Ciężka. I Achillesowa- bo jak się weń zrani, to boleć będzie przy najmniejszym bodźcu.

Ściany. Solidne, murowane. Żeby puścić tam przewody kominowe- gazowe (by się nie zatruć trującymi oparami), spalinowe (gdy zadyma jako taka wybuchnie) i wentylacyjne (na wypadek, gdyby któryś z gołąbków za dużo pary z Dziubka wypuścił). I żeby instalacje odpowiednio poprowadzić. Wod.-kan. Od biedy w stropach (żeby tylko później gadania nie było jedno do drugiego, że nierówno pod sufitem ma). Elektryka- koniecznie w tych ścianach.

Kable- miedziane, solidne. Żeby dobrze przenosiły impulsy elektryczne. I gniazdka, żeby zabezpieczyć przed wszelkimi kopniakami. Z takimi dziurkami, żeby móc bolce wsadzić i się połączyć. I jaką radość z tego czerpać… Światło zapłonęło w ciemną noc. Ups… Żarówka się przepaliła.

Kontakty. Koniecznie. Zabezpieczone, żadnych dziur tym razem. Trzeba utrzymywać elektrownię. A właściwie kontakt z nią. I byle bliższy kontakt, jakikolwiek próby rozebrania takowego kontaktu, dotknięcia wilgotną strukturą i może skończyć się tragicznie. I piórka się posypią po takich elektrowstrząsach.

Dach przecieka. Kapie, krople odbijają się o ptasi móżdżek. Drażni niemiłosiernie to echo. Jeszcze gołąbek nie zdaje sobie sprawy, że to jego ślepota taką pustkę wytworzyła. Dziobie w szybę. W drzwiach kraty. To nie gniazdko! To klatka!

Zadziobią się. Wyrwą z siebie cały puch! Zawieja z piór!

Gniazdko się rozpada. Ktoś z gniazdka wyfruwa. Cóż. Gniazdko trzeba zniszczyć. Przede wszystkim całą tą elektrykę. Najlepiej od razu dynamit pod to i w powietrze z dymem puścić. Po co kuć ściany, jeszcze coś będzie wystawać i kopać niespodziewanie…

To była wersja pesymistyczna. Optymistyczna obejmuje solidne gniazdo, złożenie jaj, wysiadywanie ich. Gołąbek przeistacza się w kurę. Domową kurę. Rosołek co niedziela na obiadek, żeby podgrzać rodzinne ognisko, czasem dorzucić koksu lub dolać oliwy. Codzienność. Młode odchować i pozwolić im wyfrunąć. A samemu, w duecie, doczekać opadnięcia piór.

Wielka stopa Poniedziałek, List 29 2010 

Wejdzie to bez pukania, bez powitania, jeszcze butów wcześniej nie wytrze. Pół biedy, jak błoto na podeszwach. Gorzej, jak końcowe produkty przemiany materii i to jeszcze jakiegoś zwierzaka. Co tam zwierzaka! Ludzkie, to dopiero cuchnie… Dzwonek i wycieraczka pełnią funkcję czysto dekoracyjną przecież. I jak miło, że dopiero co się posprzątało po poprzednim gościu w swojej głowie… A nowicjusz chyba zapomniał zrobić ze sobą porządek…

Wchodzi taki brudny delikwent w twoje życie. Śmierdzi obcą babą. Fuj. No nic. Przygarniesz, umyjesz, nakarmisz. Może warto to oswoić? Na wiele pozwalasz.

Łup… Napaskudził w łazience. Grzecznie po nim sprzątasz. Nie jest to przyjemne, ale ciągle łudzisz się, że może któregoś dnia nauczy się jako takiego ładu. W prysznicu kłaki, pół biedy, jeśli tylko jego. Tak, to jeszcze tamtej obcej baby. Nie, wcale jej nie zapraszał do twojego mieszkania. Muszla klozetowa zatkana. Twardo pompujesz przepychaczem, domestos i inne chemikalia… jakoś to zaczyna wyglądać.

Hop! Skok na kuchnię. Opróżnił ci lodówkę. Gary w zlewie nieszczęśliwie i litościwie błagają o umycie. Trudno. Zakasujesz rękawy i sprzątasz. Idziesz na zakupy (jakie to kobiece…), uzupełniasz zapasy. Lecz nie zdążyłaś jeszcze tej czynności, a tutaj…

Napad na sypialnie. To może i całkiem przyjemne. Było fajnie, odwróci się odwłokiem i zasypia. A ty patrzysz na ten ruszający się tył w rytm jego oddechu. Może jak obudzi się, będzie lepiej. Nie, obudził się, poszedł do toalety, potem do lodówki znów… To jeszcze nie najgorszy ze scenariuszów. Obca baba w twoim łóżku. To już przerywa bestialsko wszelkie granice wytrzymałości.

Jakimś cudem jeszcze go nie eksmitowałaś. Musisz odpocząć. Zaglądasz do swojej biblioteczki doświadczeń, a nuż coś tam znajdziesz, jakieś cenne porady, może coś podobnego zdążyło ci się już przez te dwadzieścia parę lat przytrafić. Tymczasem coś cię trafia w najczulsze zakończenia nerwowe. Jeden wielki burdel. Wszystko dookoła porozwalane- tak, zachciało mu się grzebać w twojej przeszłości. Żeby chociaż ślady za sobą zatarł!

Zmarnotrawiona i zrezygnowana otwierasz szafę. Wszystko zwala ci się na głowę. To już przegięcie. Po całej linii. Całej pałki zwanej wytrzymałością. Nawet stal ma określone właściwości i nawet jeśli nerwy masz z tego materiału, mogą w końcu ulec destrukcji.

Wściekła wywalasz wszystkie jego rzeczy przez okno. Na koniec jego. Do tej buraczarni pod twoim blokiem. Błaga, obiecuje, przeprasza… A sio!

Sprzątasz. Zajmuje ci to trochę czasu. Nie wiesz, w co ręce włożyć. Taki galimatias, że tylko usiąść i wzorem małej dziewczynki, która zgubiła ulubioną lalkę, puścić emocje w postaci słonych kropel lekko drażniących cerę (szczególnie niekorzystne, gdy ta jest wrażliwa). Ale w końcu bierzesz się w garść i ogarniasz ten bałagan…  Niektóre ślady wymuszają na tobie remont- dziura w panelach, zbita kafelka w łazience… Byleby nie wyburzona ściana- bo ślad może do końca życia pozostać… Dodatkowo, przezornie, wymieniasz zamki w drzwiach. Nie ma włażenia bez pukania. Następnego od razu przez okno…

Monotyp feministyczny Niedziela, List 28 2010 

Stereotyp. Bo stereo. Z kilku stron. Bo typ. Konkretny, określony. I bądź tu mądrym monotypem…

Facet- twardy jak przegotowane jajko. Niewzruszony, a nawet, jak ktoś zbije skorupkę, to boziu broń się rozlać, bo zaraz wydmuszką zwać go będą przez lata długie. Pusta powłoczka z dziurką, bo mężczyzna to nie człowiek przecież, ludzkich uczuć okazać nie może. Zaraz z małżem, ślimakiem czy też innym mięczakiem zostanie zidentyfikowany. Albo do pierwotniaków się zakwalifikuje, jako słodki pantofelek lub inne amebopodobne.

Nie może też być pisanką i nadto barwnie wyglądać. Musi odbiegać od reszty samców z królestwa zwierząt. To nie paw, który wabi samice swoim barwnym, bujnym pióropuszem. Ani kogut z okazałym grzebieniem. I też nie jeleń z zachwycającym porożem.

Skorupka musi być dodatkowo zaimpregnowana. Siła, to jest to. Tylko przy tej mocnej impregnacji i braku wzruszenia tam w środku to trochę skisnąć może i zbuk gotowy. Albo zbok (zboczenie na punkcie imaginacji swojej męskości). Ale co tam- twarda, wyrzeźbiona skorupka przecież takie wrażenie robi…

Kobieta. Tu dopiero można się popastwić! Wydmuszka, z której wszystko wycieka. Niezdara, koniecznie we wzorki rodem z koszyczka wielkanocnego. Nieprzystosowana do samodzielnej egzystencji, kaleka życiowa. No i baran ścisły. Liczyć nie potrafi, zwłaszcza na siebie, toteż na męskie barki swe problemy zwalać winna. A mężczyzna, jako że twarde jajo, nie dopuszcza ich do siebie… I omlet gotowy…

Nie należy także zapominać o niezwykle ważnym odkryciu naukowców- żółtko w jajku żeńskim jest mniejszych rozmiarów od tego w tym męskim. Pożywka dla filozofów, jakże potrzebnych nam na tym świecie i kształconych w zadziwiających ilościach na Wyższych Szkołach Cyrkowych (szkoda, że na politechniki nie ma tylu chętnych). Żeby rozprawiać się na temat różnic damsko- męskich. Żeby dorabiać tyły i dodatkowe, do niczego niepotrzebne kończyny do istniejących teorii i archetypów.

Mężczyzna winien być prosty. Prosto myślący, praktyczny. Kobieta- istota skomplikowana, nigdy nie mówiąca wprost. Jeśli te cechy ulegną zamianie, to automatycznie społeczeństwo przypisuje takiemu osobnikowi odmienną orientację seksualną od większości populacji.

Ruch feministyczny- z jednej strony ma swoją rację bytu. Kobiety mają swoje prawa. Ale tak naprawdę dzisiaj nie trzeba tego manifestować- wystarczy robić swoje, bez względu na okoliczności zewnętrzne. Jasne, że w grupie zawsze łatwiej i przyjemniej, ale silna osobowość i bez tego się wybije.

Psycholodzy zbijają fortuny na publikacjach o postępowaniu z płcią przeciwną. Utwierdzają w błędnych stereotypach.  Żerują na ludzkiej naiwności.

Jesteśmy z tej samej gliny. Tylko na jakimś etapie ewolucyjnym przeszliśmy konkretne pranie mózgu. Facet ma prawo lubić gotować, chodzić na zakupy, dobrze wyglądać. Kobieta ma prawo pracować na budowie, naprawiać gniazdka elektryczne i jeździć samochodem. Ma też prawo ocierać łzy mężczyźnie- bo to nie jest oznaką słabości. Przeciwnie- siły, że potrafi przyznać się, że jest tylko człowiekiem…

 

Barbie Niedziela, List 28 2010 

Wysoka, smukła, idealne włosy, mocny make-up, permanentny uśmiech na plastikowej twarzy, ograniczone ruchy kończyn i pustka powietrzna w środku. Pierwotnie blond czupryna, wielkie, błękitne gały- rasa uprzywilejowana, Hitler takową sobie upodobał.  Ideał kobiecego piękna pięciolatek. I nie tylko…

Plastikowe pazurki (o, przepraszam, akrylowe, żelowe i szklane- takie cuda nakłada się dziś na opuszki palców). Tynk na twarz, by ukryć niedoskonałości cery. Trochę szpachli w postaci korektora na ubytki i przybytki, można nakładać tapetę. Podczas dnia systematycznie ją doklejać, w razie, gdyby jakiś kawałek zaczął niefortunnie gdzieś odstawać.

Czym szafa bogata… Barbie to taki miniaturowy manekin. W zasadzie nic innego z nią nie można zrobić, tylko ubierać i przebierać. A, przepraszam, można jej zdjąć głowę, ręce i nogi. Kiedyś z ciekawości rozłożyłam na części pierwsze… Ale złożyć to też można. Prosta anatomia bez osobowości. Grunt, żeby wszystko na niej dobrze wyglądało. Jeden rozmiar przez całe życie.

Proporcje idealne- talia osy, smukłe uda, wielkie wypukłości na klatce piersiowej. Jak ten ideał przenieść w świat krwi i kości? Hm… Silikon. Taaa, bardzo w modzie. I talia osy. Łup! Że się Ken o żebra nie obija… I ta przyjemność, chwycić kobietę w sytuacji intymnej i zahaczyć o kości. Co tam siniaki… (to nie moje spostrzeżenie, tylko kumpli, których o zdanie pytałam!).

Róż. Bo dziewczęco znaczy różowo. Co tam, że ileś dekad temu dziewczynki przyodziewano w kolor błękitny, a chłopców w czerwony (notabene: ta moda wypłynęła z Biblii: błękit- kolor szaty Maryji, czerwień- wdzianko Chrystusa, a że ludzie niegdyś religijni zwykli być i manifestować to w sposób inny, niż broniąc krzyża i nakładając berety z puchatego moheru…) . Ale trzeba iść z duchem czasu- dziewczynka ma być różowa. Ok. Dziewczynka- ale nie, do cholery, kobieta! Jakby chciała chmarę pedofili za sobą pociągnąć!

Główna misja życiowa Barbie: wyglądać dobrze i uwieść Kena. Takie sztuczne uwodzenie. Bo jak tu cokolwiek skonsumować, jak Ken wyposażony w te same części ciała, co i jego plastikowa partnerka (wyłączając piersi)? Facet bez jaj. Krótko, zwięźle i na temat.

 

Nieboszczyk u celu Sobota, List 27 2010 

Cel uświęca środki. A w środku trup jak długi leży i bynajmniej ma coś w sobie ze świętego. Ani aureoli, ani skrzydeł, a pióra się posypały…

Do celu można dążyć, iść, jechać, lecieć, rzucać, a przede wszystkim celować. To taki środek tarczy, Wystarczy tę tarczę widzieć. I odpowiednie lotki mieć. Gorzej, jeśli ma się zeza, a zaburzenie ustawienia mentalnych gałek ocznych jakby coraz powszechniejsze…

Cel wyznaczony, teraz mapa możliwości, wypadało by trasę ustalić. Do celu prowadzi wiele dróg, jednakże nie każda będzie odpowiednia. A to nawierzchnia zjechana, a to dziury, a to drzewo na środku. Cokolwiek by to nie było, zawsze stanowić będzie jakąś przeszkodę. Niekoniecznie do przeskoczenia- w drzewo można palnąć i trup na miejscu. I nie istotne, czy kierowca, czy pasażer- ofiara diabłu z duszą złożona.

Przed drogą do celu należy sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, czy nie zabraknie paliwa, a jeśli będzie to dłuższa podróż, należy obrać drogę, przy której znajdować się będą stacje benzynowe. Taki mały przegląd techniczny swoich możliwości. Żeby to nie była wycieczka z motyką na księżyc czy jakieś inne ciało kosmiczne.

Dobrze, jeśli cel jest wyraźny. Jego dobrze zarysowane kontury nie pozwalają o nim zapomnieć, stanowiąc dodatkową motywację. A cel wymaga poświęceń. Warto przynajmniej sprawdzić, czy jest ich wart. Bo czasami u kresu drogi można resztkami sił dotknąć szczytu góry już jako denat.

Próbować zawsze warto. Człowiek ma to do siebie, że zmienia swoje cele i zawsze może zawrócić. Nie ma co na siłę, chyba, że naprawdę jest o co walczyć. Ale czasem walka przynosi tyle ofiar, że delikwent takowy staje się Pyrrusem. Osiągnięcie celu nie cieszy.

Czasami osiągnięty cel sprawia nie lada frajdę. I można przy nim trwać. Można również wyznaczyć sobie nowy. Nic nie jest wieczne. Ale co szkodzi? …

Pajrat drogowy część 2 Sobota, List 27 2010 

Prosta- gazu! Zmienić bieg, przyspieszyć! Taaa… Patrz przed siebie, w lusterkach obraz znika się i zmienia… Szybko zapomnisz, co było chwilę temu… Zresztą, kiedy masz się zastanawiać? Przy tym tempie trzeba być szczególnie czujnym.

Początki zawsze są trudne. A jeśli nie, to i tak trzeba zachować szczególną ostrożność. Poznać przepisy rządzące tym światem, uczyć się, jak je omijać albo modyfikować dla własnych potrzeb. Trzeba ostrożnie, nie ma co się rozpędzać. Niektórych zakazów i nakazów nie da się ominąć. Po prostu kolizja gotowa. Ale zawsze można zawrócić i objąć inną drogę. Tyle jest przecież tras…

Żeby dostać się na autostradę, trzeba przebić się przez miasto, niekiedy postać w korkach, wtopić się w szarą masę tłumu. Wkraczasz między wrony- kracz jak i one. Co z tego, że jesteś orłem? Na początek najrozsądniej jest pokrakać trochę. Jak za szybko rozwiniesz skrzydła- zadziobią. A na pewno boleśnie powbijają dzioby w prywatność.

Poza miastem. Już trochę lepiej. Można powoli dodawać gazu. Jest już namiastka tej wolności. Jest coś innego. Czasem tylko zagubiona dusza, kierowca niedzielny, wyjechało to, by sprawdzić, jak tam może być. Albo zapragnęło rozwinąć wronie skrzydełka i udaje, że jest młodym orłem.

Uwaga na dzikie zwierzęta, zwłaszcza dla świeżaka. Dryfujesz między obcymi terenami. Niby na swojej drodze jest, ale to już nieco szerszy horyzonty i nowe niebezpieczeństwa. Drogi nie zawsze prawidłowo oznakowane. Kierunkowskazy gdzieniegdzie trochę jak w Czechach- niby są, ale w ostatniej chwili i tak naprawdę nie wiadomo dokąd.

Czasem dziury, można coś sobie urwać. Ała. Patrzeć to nawet połowiczną częścią zewnętrzną bioder trzeba. I ta nieszczęsna pogoda- niekoniecznie na twą korzyść.

Jest! Po wielu zakrętach, zjazdach i wyjazdach, górkach, śliskich nawierzchniach- ona. Autostrada! Nooo… To wreszcie można się rozpędzić na całego i… wziąć udział w tym wyścigu szczurów… Ale to dobry trening. Żeby nie zgubić tempa, wyjazdy też nie za często, więc trzeba ostro brać się do roboty.

Każda autostrada dokądś prowadzi. Do nieba, do piekła, na własną drogę. A na własnej drodze (czy to bawisz się w drogowca, jeśli masz na to czas, czy też ją nabywasz)- wolność Tomku w swoim domku!

Kiedyś mnie zobaczysz Sobota, List 27 2010 

Kiedyś mnie zobaczysz

Rozpostartą w barwach

Na deszczowym niebie

Tyle co te strugi wody znaczę

Na ulicy zadra

W niej kałuża

Widzę siebie

W tafli z kropel łez wylanych

Obraz się wynurza

.

Kiedyś mnie zobaczysz

Na wiosennym liściu

Dzisiaj nic nie znaczę

Jak i to co ze mną przyszło

.

Kiedyś mnie zobaczysz

W stronę słońca będę szła

Ja wybaczę

Ty wybaczysz

Moja droga już nie ta

 

Nie widzą Sobota, List 27 2010 

Widzą siłę

Bo tak chcę

Niech nie wiedzą

Że to szczątki już są jej

.

Widzą radość i zdumienie

Życie barwne jak wiosenny kwiat

Słońce zrzuca tu promienie

Ubarwiając świat

.

Widzą łzy

Lecz to szczęście tak topnieje

I tak będą dalej śnić

Wyobrażeń będę ich złodziejem

.

Druga twarz

Wciąż ukryta

Czasem gdzieś spogląda z boku

Pierwszy raz

Spod kontroli się wymyka

I ucieka w tym natłoku

Pogmatwanych myśli

Ktoś mnie zmyślił

.

Ktoś spogląda na powieki

Lecz nie widzi źrenic

A na rzęsach rosa

Pośród wspomnień błyszczy się i mieni

Na dnie duszy gorzki osad

Popyt na szczęście Piątek, List 26 2010 

Niegdyś kartki na mięso, dzisiaj na szczęście. Popyt jest. I żeby było śmieszniej- wszystko wskazuje na to, że jest to popyt efektywny. Niby posiada się wszystko, niby ma się środki do nabycia… Tylko- co właściwie nabywać? Pólki świecą pustkami, a w kieszeniach węże…

Wszystko jest na sprzedaż. Pół biedy, kiedy sprzedajemy swoją duszę diabłu. Gorzej, jeśli oddajemy ją za darmo, albo- co gorsza, jeszcze dopłacamy do tego interesu z tombaku.

Popyt na szczęście ma charakter sztywny. Jesteśmy zapłacić praktycznie każdą cenę, bez względu na jej wysokość, aby tylko je nabyć. Szczęście w założeniu powinno posiadać dożywotni termin ważności, takową również mieć gwarancję i zapasowe części wymienne. Dodatkowo winno być płodne, by rozmnażać swe uroki. Made In China nie wchodzi w rachubę. Chyba, że chińska porcelana- ale jest zbyt krucha przeto, aby próbę czasu przetrwać.

Może to strach przed szczęściem czyni ten towar tak trudno dostępnym. Może mimo wszystko cena jest za wysoka. Łatwiej zamknąć oczy, schować portfel do kieszeni. A na szczęście są talony. Są losy na loterii. Są bony… A szczęście, choć tak piękne i kuszące, z powodu braku zainteresowania trafia na coraz wyższe półki. A potem może być już za wysoko. I się zakurzyć…

Ludzie zwykli zadowalać się podróbkami, zgodnie z zasadą jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie robią nic w kierunku potencjalnej zmiany. Wolą oryginalne rzeczy materialne od prawdziwych doznań emocjonalnych. A przecież to emocje tworzą wspomnienia, nie kilka szmatek z metką… Wspomnień się nie wyrzuci do kosza, nie odda na PCK. Wspomnienia zostają tylko w owalnej części ciała ich właściciela, gdzie rozgrywają się wszystkie batalie. O nich można opowiadać, można je pokazywać na fotografiach- ale ofiarować ich nikomu się nie da.

Szczęście nie jest materialne. Szczęścia się nie kupi ot tak. Na szczęście wcale nie trzeba sobie zapracować. Trzeba je tylko rozpoznać w odpowiednim czasie, przygarnąć i się nim zaopiekować 🙂

Pajrat drogowy Piątek, List 26 2010 

Siedzisko ustawione, lusterka przygotowane na obserwację z różnych stron, aby nic nie zaskoczyło w ostatnim momencie, pasy zabezpieczają skórzany worek z kośćmi i mięsem uformowany w homo sapiens. No to odpalamy, pierwszy bieg, ręczny w dół, rozejrzeć się i… WIO! W drogę!

Byle nie za szybko sprzęgło puścić. Falstart. Chciałoby się wszystko od razu. A tak dobrze to nie ma… Musi być jakaś asekuracja. Organizm jest naturalnie wyposażony w system immunologiczny. Jak samochód. W czasie gorączki nie da się ruszyć z kopyta, mechanizm się krztusi.

Drugi bieg. Można sobie na zabawę pozwolić. Mocny silnik i układ nerwowy przy okazji, depnięcie, tak do końca, na całego… noga z gazu… i dawaj do końca! Ten, co tak namiętnie gaz trzyma od samego początku znika w lusterku… Baj, baj, maszkaro! Jak tak będziesz cisnął, to ci pod górkę auto zdechnie.

Trzeba energooszczędnie. Żeby jak najmniej paliwa spalić. I regularnie się tankować (nie mylić z tankowaniem studenckim, tudzież wzmożonym w miejscach zamieszkania zbiorowego, jak akademiki). Bo nie daj boziu, pod górkę zabraknie… Oj, kiepska sprawa. Albo gdzieś na odludziu. Kanister i szukać najbliższej stacji i ukojenia.

Pod górkę, ciężko, ciężko… Ale daje radę. Najgorsze jest ruszanie. W sumie, osobiście takowe najbardziej lubię- tak spektakularnie wydrzeć z ręcznego. A potem już tylko z górki… Co najwyżej czasem po hamulcu, żeby gdzieś na czyimś tyłku nie skończyć, co wiążę się z poważnym ryzykiem katastrofy. Nie każde zbliżenie jest zdrowe…

Błotkiem rzucać ktoś w nas może. Kubeł zimnej wody wylać. No, ale od czego są wycieraczki? Ewentualnie trochę płynu do spryskiwaczy i już jasny widok mamy. A że sobie popluje… Jego problem. Myć trzeba, czasem po porostu częściej…

Jak ktoś zwalania przed nogami, wyprzedzić trzeba. Uwaga na wariatów z naprzeciwka- czołówka nic miłego. Niektórych ominąć szerokim łukiem. A z niektórymi tylko się mijamy, czasem tylko jakiś sygnał sobie dajemy, że może jakiś groźny piesek za rogiem albo inne niebezpieczeństwo. Totalnie neutralne relacje interpersonalne.

No i znaki. Gdzież byśmy bez nich zawędrowali? Cenne uwagi, czasami jak byk przed nosem. A byka się nie rozwściecza. Trzeba za znakami podążać. Czasem tak bywa, że ktoś usilnie daje znak, a kierowca swojego życia ślepy jak sowa w biały dzień… A potem ma. O.

Na zakrętach życiowych zaleca się zdjąć nogę z gazu- zbyt duże jest ryzyko wpadnięcia w poślizg. No, chyba, że ktoś lubi adrenalinę i jak najszybciej chce wyjechać na prostą 🙂

Przejazd na czerwonym świetle oczywiście daje moc adrenaliny, przekracza się ogólnie ustalone normy, ale skandal czasami potrafi zniszczyć życie. Ale bywa, że jakiś opóźniony baran stoi na zielonym. I blokuje resztę ruchu…

Cel- bo każdy go ma. Po dotarciu zaparkować, wyjść, pooddychać. Zachwycić się. Ustanowić sobie nowy cel. I w drogę…

A, i najważniejsze- przed jakąkolwiek jazdą trzeba się co nieco podszkolić. Zrobić sobie taki mały kurs. Jak to powiadają- trening czyni mistrza. A życie przeegzaminuje już samo…

 

Minione Piątek, List 26 2010 

Nie żałuję żadnej z chwil

Ogień w sercu wciąż się tli

W niespokojnym śnie

Pogrążałam się

Coraz głębiej

I w otchłani myśli ciemniej

Zanurzałam się w wspomnieniach

Z poprzedniego życia

Choć nie widzę cię

Choć marzenie już bezbarwne jest

Obraz zamazuje się i zmienia

Już niepamięć chwyta

W zimne dłonie

Umysł płonie

Ogień myśli konsumuje

Bez wyobrażenia z błędem

Świat na nowo dziś buduję

 

Rok Czwartek, List 25 2010 

Rok

Wiosna, lato, jesień, zima… O tak, pamiętam, jak się w przedszkolu to wymawiało i jaka dumna byłam, że znałam to (i miesiące) jeszcze przed wszystkimi dzieciakami z grupy. W naturze nic się nie zatrzymuje, wszystko zatacza koło, jest jasno określonym cyklem…

Na wiosnę wszystko się budzi do życia. Świat ma jeszcze lekko zapuchnięte oczy, jak niedźwiedź po zimowym śnie, wory pod nimi i śpiochy w kącikach. Pierwsze promienie słoneczne dają po oczach tak trochę, jakby się na kacu było. Rośliny wypuszczają pierwsze pąki, matki dzieci ze swych łon (te, które jesienna chandra dopadła). Taki dzieciaczek budzi się ze swojego pierwszego zimowego snu. Najważniejsze, by nie nastąpiło to  przedwcześnie- przymrozki nie tylko dla roślin groźne. Mogą przytrzymać rozwój, czasami na stałe. Za późno też nie zdrowo- można przespać pewien etap rozwoju i ciężko będzie się w otoczenie wpasować, a już tym bardziej je dogonić. Grunt, to wpasować się w odpowiednią pogodę. A to zgoła trudne, bowiem-jak wszem i wobec wiadomo- pogoda jak kobieta w ciąży- hormony strzelają jak wiosenne pioruny.

Wiosna to piękny okres. W większości przypadków oczywiście. Znowu uzależnienie od czynników atmosferycznych. Istotne, w jakiej atmosferze się dorasta.

Wczesne lat. W sumie to jeszcze późna wiosna. Okres dojrzewania zielonych owoców. Płatki ochronne z kwiatków już pospadały, a ta zieleń to tak różnie się rumieni. Do niektórych słońce dociera nieco później. I pierwsze wyładowania atmosferyczne. Bunt na zamianę pory roku. Parówa, że wytrzymać ciężko. Bum! A potem chwila spokoju- do następnego zagęszczenia się powietrza…

Lato, lato, lato czeka! Razem z latem… pełen wypas nowych możliwości, szerokie horyzonty… Ta dam! Oto wiek młodzieńczy! Wiek, w którym jeszcze bez większych konsekwencji można popełniać błędy, próbować, pucować te owoce na słońcu przygrzane… Pogoda zazwyczaj (znowu…) skłania do uniesień i szybowania w chmurach- jeśli takowe są. Ale co tam, nawet jeśli ich nie ma- iść, ciągle iść, w stronę słońca.

Pod koniec lata owoce wypuszczają z siebie swoje nasiona. Nie od razu zakiełkują, ale coś z tego wyjdzie. W większości przypadków, oczywiście.

Jesienią, jesienią, sady się rumienią… Ze złości, ze latorośle mają swoją wiosnę. Albo- co gorsza- wczesne lato. Dają popalić, że aż liście czerwienieją. Ale to piękne takie. Czasem jakiś przymrozek, bo to przekwita kwiat życia powoli. Jesień może być piękna, złota- na ogół czegoś człowiek się dorabia właśnie w tej jesieni życia. Ale może też być deszczowa, pochmurna i ponura. Może dopaść jesienna depresja…

Pierwszy śnieg ukoi. Przyprószy włosy, twarz pomarszczy się pod wpływem chłodu z dworu. Ale jakie to radosne! Wnuki na sanki, ciepły piecyk, druty, szydełka, bajki na dobranoc. Takie przygotowanie się do ponownej wiosny. A im dalej zimy, tym człowiek jakby bardziej wiosnę czuł…

I tu moja główna łamigłówka: jeśli człowiek jest tak powiązany z naturą, to co dzieje się po tej zimie? Reinkarnacja, czy jaka cholera?!…

Pozor vlak! Czwartek, List 25 2010 

Pozor vlak! Głoszą czeskie hasła przed przejazdami kolejowymi. Ano pozor, pozor… Ale przede wszystkim na pozory…

Uśmiechnięty człek, sympatyczny taki na pierwszy rzut gałki w oczodole. Ząbki suszy, miły, zabawny. Taaa, pierwsze 30 sekund jest decydujące, jeśli chodzi o tak powszechnie zwane pierwsze wrażenie. No, naukowcy tak przynajmniej twierdzą. Może i coś tam rusza, że coś może być sztucznego, ale przecież możliwe to być nie może! Ten uśmiech taki serdeczny… A może szyderczy? Nie, nie. Logika, nie emocje. Emocje- intuicja- są be. Logika to a, a w kolejności alfabetycznej iść należy.

Pyk! Szpila w bok. Akurat w nerw trafiła. Nie, nie, skądże. Przecież to takie sympatyczne, uśmiechnięte. To przypadek. Na pewno były jakieś inne czynniki zewnętrzne, na pewno ktoś mu igłę, szpilkę, czy czym tam te rany kłute zadaje, w łapkę upchnął i niechcący wyrzucając w ciebie trafiło. Tak, przypadek.

Łup. Kubeł zimnej wody na część ciała, gdzie tułów się kończy. Och, po prostu ciężki był, nie mógł dłużej go unieść. Akurat tak na ciebie to spadło i się wylało. Niechcący, naprawdę. Nie przejmuj się, dalej bądź miły. Przecież to taki sympatyczny człowiek dla każdego… oprócz ciebie. Ale ty jeszcze tego nie widzisz. Nie martw się, w końcu zobaczysz.

Zdołowany, zmarnotrawiony. Gbur. Pewnie taki styl życia, że widzieć go nikt nie chce. Hm, że może nie ma ochoty kogoś widzieć w tym momencie? Ale to już drugi raz taki skwaszony. Moment nie może przeto w czasie aż tak rozciągnięty być. Coś mu się stało? A gdzie tam, takie bywanie cytrynowe.

Nie, to kobieta. Humorki ma, ot co. Pewnie okres albo jaka inna kobieca przypadłość. Cycki rosną, coś w tym stylu… No, a co może kobietę boleć?

A tam uczucia. Kobieta nie ma uczuć- mężczyzna rzecze. Mężczyzna nie ma uczuć- prawi kobieta. Dawaj, dawaj! Owijamy się w te stereotypy, jak gąsienica w kokon. Na pewno kiedyś piękny motyl z tego będzie, nie ma co… Jakiś mutant niedorozwinięty, bo za mocno ta koroniasta pieluszka przycisnęła.

Raz widziałeś, to już wiesz na pewno. Inaczej przecież być nie może. Raz i koniec. Nic się przecież nie zmienia. Człowiek przecież wcale nie związany z naturą. Stoi w miejscu…

 

Wirtualny świat cz.2 Czwartek, List 25 2010 

Wirtualny świat cz.2

Gdzie mieszkasz? http://www.tutaj-coś-tam.pl . Data przyjścia na świat? Zalogowany w zeszłym miesiącu. Status: dostępny.

CUN. Centralny układ nerwowy. Płyta główna, taki mózg, pamięć HD, zwana także pamięcią długotrwałą. Pamięć RAM- ta krótkotrwała. Skopiuj. Wklej. Zapisz. Wykasuj… Nie, to już nie jest takie proste. System zawsze idzie odzyskać. Zawsze coś tam siedzi jak jakiś wirus.

Natłok informacji. Jedna, druga, trzecia. Nie ma co się zastanawiać nad jakąkolwiek. Ale jakaś może sama o sobie przypominać. Wirus. Antywirus i po sprawie. A nie, tego nie ma akurat w bazie definicji wirusów…

Trojan. Ukryty. Śledzi. Miesza. Taki wirus HIV. Z tą różnicą, że i na niego jest lekarstwo. Ale- jak w życiu- wirus ma to do siebie, że się modyfikuje i wraca ze zdwojoną siłą, mutant.

Tak, świat idzie do przodu. Język obcy to podstawa. Przede wszystkim HTML, jest taki międzynarodowy i wszędzie się nim dogada. Ale zapewne w CV zrobi wrażenie także C++, JAVA, PHP…

Organizm musi się czymś żywić. Wysyłajmy sobie czekoladki, cukierki i inne smakołyki. Jakkolwiek to spożytkować…

Tak, tak, system emocjonalny i tutaj nie nawala. Postaw dwukropek, przy nim gwiazdkę. Albo nie. To takie infantylne. Zdecydowane bardziej poważnie będzie wyglądać ostry nawias, znak mniejszości i liczba 3 przy nim. Tak. Oznaka prawdziwego, dojrzałego uczucia.

Podróże w nieznane. Wystarczy odpalić Google Earth i można zawędrować, gdzie tylko dusza zapragnie. Nawet na księżyc i na Marsa, zobaczyć, jak sobie tam płeć męska egzystuje…

Lek. Lek na nieśmiałość. Lek na samotność. Samotność w sieci… I wpadamy w sieć pułapek, nakręcamy tą pieprzoną samotność…

Tutaj nie ma grawitacji. Jak we śnie. Tutaj każdy może robić co chce. Jak w świadomym śnie. Każdy może być kim tylko zamarzy. Ale z każdego snu trzeba się wybudzić. Albo pozostać w stanie śpiączki do końca życia…

Od dziecka rozróżniałam dwie rzeczywistości. Realną, czyli taką w której chodzę, jem, rysuję, spotykam się z przyjaciółmi i taką osobistą, znaczy się tę, w której pracuje tylko mój umysł. Świat z kopyta ruszył do przodu, a rzeczywistość wirtualna wyszła poza sen…

 

Śnieg Środa, List 24 2010 

Spadł pierwszy śnieg

Życie zmieniło swój bieg

Świat usypia przykryty

W puchu białym marzenia ukryte

.

Cisza już nie zabija

Godzina szczęścia wybija

Na tarczy egzystowania

Wskazówka przystała

Godzinę przysłania

.

Wszystko się zmieni

Lecz nie blask promieni

Odbiją się od śniegu

Lecz nie zaniechają  z nieba biegu

.

Wąsy zegara w zimowej ciszy

Gdy dusza smutku nie słyszy

Zwalniają w uśmiechu grymasie

Już po cierpienia czasie

 

Wirtualny świat Środa, List 24 2010 

Zamiast kontaktu wzrokowego- kontakt dotykowy. Z klawiaturą. Jasne, że wzrokowy też musi być- jakiż to ładunek emocjonalny mają te literki, gdy je mózg złoży i informacja dotrze…

Brak intonacji. Nie używasz emotikonek- jak to słusznie zauważył jeden z demotywujących na demotywatory.pl– to już jesteś obrażony. W świecie rzeczywistym, a jakże, przecież co chwilę pokazuje się język swojemu rozmówcy. I oczka puszcza, i ząbki suszy…  Niby przekaz werbalny jest. Ale tylko taki. A przecież około 80% komunikatu to komunikacja niewerbalna.

Społeczność internetowa. Wirtualny świat. Nawet zwierzęta wirtualne można hodować. Szkoda, że organizmowi nie wystarczą do funkcjonowania wirtualne czekoladki i żołądek nie jest w stanie ich przetrawić. Co tam żołądek! Jak to do ust wepchnąć i posmakować?

Dwukropek i gwiazdka- dzisiejszy sposób wyrażania pozytywnych uczuć. Uśmiech na dzień dobry, taki realny, powoli odchodzi do średniowiecza. Kwiatek? Po co gonić do kwiaciarni, skoro można za tą samą cenę wysłać na naszej- klasie. Też się baba ucieszy… Powącha, wstawi do wazonika…

I niech wszyscy wiedzą! Oto obwieśćmy, że jesteśmy razem. I niech wszyscy wiedzą, teraz jesteśmy skomplikowani. I niech wszyscy wiedzą, że teraz otwarci… na nowe propozycje. A za dziesięć lat dziecko spyta: Mamusiu… A jak poznałaś tatusia?, Na facebooku, skarbie…

Wszystko staje się na pokaz. Wirtualny pokaz. Trzeba wszystko pokazać, uzewnętrznić.

Granica między światem realnym a wirtualnym zaciera się, staje się coraz mniej wyraźna. Łatwo się zatracić i pomylić rzeczywistości- w której tak naprawdę się żyje.

Neuron ludzki to nie łącze internetowe, komórki mózgowe to nie bity, krew to nie połączenie…

W jakim kierunku idzie ten świat? Wirtualne buziaczki, prezenty, cyberseks nawet… Podaj powód, dla którego dezaktywujesz konto? A kogo to obchodzi? Czysta MANIPULACJA.

Łatwo wykorzystać dzisiaj ludzką naiwność, szerzącą się samotność… Tak łatwo grać na emocjach, bo one takie bezdotykowe są… Założyciele portali społecznościowych niedługo staną na równi z guru sekty… Podobne działanie- tyle, że w tym przypadku ludzie sami wpadają w pułapkę, nie trzeba im wody z mózgu robić… Sami sobie to robią…

Nie rozumiem, jak mogłam być aż tak durna, żeby się dać wciągnąć w ten światek… Bo wszyscy tak robią? Może… Ja już nigdy nie będę. Nie chcę żyć w takim świecie… Ku mojej radości jestem z krwi i kości, nie jestem napisana ani html-em, ani c++, ani żadnym innym sztucznym językiem…

Cywilizacja wcale nie idzie w dobrym kierunku…

Świt Wtorek, List 23 2010 

wstaje świt

życia zaczyna się dzień

na łąkach marzeń będę żyć

znika nocny cień

.

budzi mnie poranny blask

sen zły zbyt długo już trwał

jak dziecko widząc świat pierwszy raz

zachwycam się

on będzie mnie miał

w swych ziemskich ramionach

w rytm jego duszy

drogę przemierzę

strach swój pokonam

.

słońce już chwyta złotymi nićmi

ociepla przymarznięte w noc zimową serce

unosi lekko z wiosennymi motylami

już nie pozwoli mi czekać więcej

.

 

Nie wspominaj Poniedziałek, List 22 2010 

Nie myśl więcej o mych oczach

Nie spoglądaj nigdy w nie

I nie próbuj iść też za mną

Odejść już na zawsze chcę

.

Jeśli kiedyś cię obudzi

Głosu mego dźwięk

Niech twój umysł się nie trudzi

To był tylko sen

.

Nie dotykaj moich dłoni

Na nich noża blady ślad

I nie głaskaj po mej skroni

Jakbyś z nieba właśnie spadł

.

I nie próbuj mnie pokochać

Bo to wejście jest w mój świat

A ja siedzę w przodków prochach

Już na zawsze we mnie ich jest ślad

Niepogoda Niedziela, List 21 2010 

Powiadają, iż kobieta zmienną jest jak pogoda.  Z moich osobistych obserwacji wynika, że mężczyźni wcale nie są lepsi (i te wielkie różnice damsko-męskie naukowcy w większości mogliby sobie wsadzić…), ale nie ten temat poruszam…

Słońce. Wszystko pod wpływem jego ciepłych i jasnych promieni zdaje się być takie klarowne. Te podłużne strużki światła odbijają się od błyszczących powierzchni, uwydatniając ich piękno (a czasem i oślepiając…). Więcej słońca. Skóra delikatnie brązowieje, tuszując niedoskonałości na ciele. Jeszcze więcej słońca. O-oł. Już nie jest tak przyjemnie ciepło. Jest gorąco. Wraz z potem wychodzą z organizmu zaskórniaki i inne bolączki, przydałby się kubeł zimnej wody. Parzy, a poparzenia bywają naprawdę destrukcyjne. Unosi się kurz, osiadając się na tym pięknym błyszczącym czymś. Ups… Już nie jest takie urocze. Teraz to, co wydawało się takie piękne i koiło, teraz staje się śmiertelnie niebezpieczne.

Pochmurno, smutno, niewyraźnie. Niby szczęście jest tak blisko, ale jednak go nie widać zza tych chmur. Przysłaniają jego blask. Czuć jego ciepło, ale jest poza zasięgiem wzroku. Oczy widzą tylko tę szarość i nijakość.

Atmosfera się zagęszcza. Parno, nie ma czym oddychać. Niby każdy wie, o co chodzi, jednak panuje ogólne milczenie. Fala emocji się wzbiera, bam! wybucha. Piorun rani do żywego. Huczą ostre słowa, leją się łzy jak z cebra. Mieszanka tlenu, azotu, wodoru i innych pierwiastków z nagła traci na gęstości. Przejaśnia się i rozjaśnia, co za ulga. Gdzieś nieopodal zza chmur wygląda nieśmiało słońce. Oświetla te kapiące smutno i intensywnie krople, nadając im przepiękne barwy. Rzadki, rześki gaz dociera do zmęczonych płuc.

Mgła. Niby wszystko dookoła jest, niby namacalne, a jednak niewidoczne. Łatwo zabłądzić. Łatwo się pomylić. Łatwo chwycić nie tą dłoń, która poprowadzi nie w tym kierunku…

Zawieja, śnieg. Zimno, przymarza i zamarza wszystko dookoła. Ślisko- jakże łatwo się przewrócić i przejechać na obolałej już, przepołowionej części ciała pod plecami. A boli niemiłosiernie. Przydałby się jakiś promyczek nadziei, żeby to oświetlić i ogrzać. Ale… Jakie to piękne. I niebezpieczne. Ma w sobie coś pociągającego. Ale coś w tym zimnie pociąga, gdy patrzy się nań zza szyby, na której mróz maluje esy i floresy…

Czasem pada deszcz. Czasem sceneria nie zachęca. Wiatr policzkuje i wieje w oczy. A czasem dekoracja jest taka radosna- bo i z tej radości płakać można…

.

Pada mi deszcz i wieje w oczy, ale mam parasol… Mam nadzieję, że przetrzyma tę wichurę…

Dzień Niedziela, List 21 2010 

Świt

Drży zmarznięty motyl

Na wiosennym liściu

Przysnął

I cokolwiek będzie po tym

Tajemnicą chociaż jest

Już mydlana marzeń bańka

Słońca palcem uniesiona

W morzu myśli się rozprysła

Nie istnieje

Już nie woła

Nie namawia

Do spoczynku

.

Dzień

Choć pochmurny

To bez deszczu łez

Umysł mądry

Serce durne

Wie już

Czym cierpienie jest

Od złych myśli

Wnet odrywa się

.

Jasną nocą

Księżyc zęby szczerzy

Nie zamyka powiek mi

Widzę

Wierzę

Już mi nie zależy

Nie wart był

Żadnej z chwil

 

Miasto nocą Niedziela, List 21 2010 

Na ulicach zimny wiatr

Wśród latarni mknie

Kropli deszczu cichy szał

Obejmuje nocny cień

.

W nagich drzewach nikły jęk

W miasta rytmie kołysze się

Czy słyszałeś tamten dźwięk

Zagubiona dusza po chodniku mknie

.

Zza chmur księżyc puszcza oko

Zadrzyj głowę w stronę gwiazd

Nie myśl że to tak wysoko

Każda spadnie

To ich czar

 

 

 

Odejście (II) Niedziela, List 21 2010 

Odszedł już dzień

Na zawsze z nim on

Wspomnienie jeszcze chwile zostanie

Wyprze go pamięć

.

Na białych skrzydłach odlecę

Do chmur

Do słońca

Wzbiję się ponad ziemię

Wtopię się w łabędzi sznur

Ucieknę

W stronę końca

Gdzie początek jest

Gdzie nadzieja rodzi się

.

Odeszła już noc

Na zawsze z nią on

Następna gwiazda straciła życie

Kolejna zachwyci

W spacerze po niebie

.

Do tanga weźmie mnie wiatr

Kolejny liść jesienny spadł

Wspomnienie

W zapomnieniu dawno już

Październikowych burz

.

Odeszło już życie

Na zawsze z nim on

Nowe zaczyna się bycie

Nowa chwyta mnie dłoń

Powódź Niedziela, List 21 2010 

Kumulacja jest dobra, jeśli dotyczy sumy w totka. Aczkolwiek i tutaj istnieją pewne zagrożenia. Bo gdy grom z jasnego nieba uderza, skutki jego działania nie są tak przewidywalne, jakby zdawać się mogło…

Płynie sobie rzeczka. Urocza. Płyta, widać dno. Nurt jej jakże spokojny i kojący, taki rytmiczny, regularny. Niczym nie zakłócony. Nagle w poprzek ktoś deskę kładzie. Poziom wody się podnosi, ale to jeszcze nic groźnego. Potem następną. Głębokość mierzy już kolejne kilka centymetrów więcej. Aż w końcu powstaje tama. Materiałem na zaporę wcale decha być nie musi. Wystarczy że jakaś zagubiona dusza wrzuci do wody jakiegoś śmiecia, potem następna kolejnego… Nieważne. Przepływ zatamowany.

Do pewnego momentu woda wzbiera i podnosi swój poziom. Gdzieś między szczelinami zapory delikatnie wycieka woda. Takie mniej lub bardziej widoczne przecieki.

Wszystkie brudy i detergenty i co tam jeszcze sobie płynęło zatrzymują się na powierzchni. Z perspektywy żabiej, gdy obserwator usytuowany jest przed tamą, naturalnie nie widać całego tego powierzchniowego syfu.

Nurt płynącego H2O sam sobie tworzy zagrożenie. Ale, nie daj Boże, pogoda sfiksuje i zacznie coś kapać z chmur. Ulewa. A jeszcze jakaś burza i piorun pierdyknie w zaporę. Katastrofa gotowa.

Jakakolwiek przyczyna by nie była, czy to zdarzenia ekstremalne, nieprzewidywalne, czy zwykłe zmęczenie materiału, tama w końcu pęka. Woda zalewa okoliczne tereny. Fala dotyka. Powódź. Żywioł bierze górę- a z nim walczyć- powodzenia.

Oby tylko słońce jakieś przygrzało. Niech te pola schną. Co tam pola! Gorzej z posiadłościami. Czyjaś woda emocji w obcym mózgu, to dopiero miesza i rozpuszcza komórki! A worki z piaskiem i inne zabezpieczenia mają w zwyczaju czasem zawodzić. Ale odpowiednia dawka promieni UV, lekki wiaterek i wszystko wraca do normy.

Gorzej, jeśli sączy się z nieba deszcz. Już nie jest tak słodko. Woda sieje spustoszenie. Stoi, a powierzchnia pod nią gnije…

A gdy woda zejdzie wreszcie, wyparuje, wsiąknie… To tak dwie opcje by były. Pierwsza, ta negatywna, obejmuje zdechłe żyjątka ulegające rozpadom, i wydzielające przez pewien czas traumatyczny dla otoczenia odór. I jeszcze te śmieci z przed tamy, łatwo się potknąć. Takie zbędne akcesoria.

Ale równie dobrze woda może użyźnić glebę i dodać jej urodzajności…

.

Czasami aż trudno mi uwierzyć, jak natura człowieka jest adekwatna do zjawisk przyrodniczych…

Dort und hier Czwartek, List 18 2010 

 

Auf niemal dreht sich alles um dich

Ich verliere mich

Alles wird egal

Welche ist das Jahr

Die Welt ist nur die Äuβerlichkeit

Und existiert nich die Zeit

.

Ich gebe dich die Wahl

Warte nach vie vor

Ich wisse Bescheid

Wo warst du bevor

Iluzja Środa, List 17 2010 

Jest tu początek

I jest tam finał

Wszystko się kończy

Co się zaczyna

Są rozstania

Są i powroty

Smutki zadane

We śnie giną

W nocy

.

Jest coś

Co nie powstaje

Już trwa

Idzie na wprost

Ścieżkę swą ma

Jest coś

Co się nie skończy

I ponownie zwiąże

Gdy na chwilę świat

Rozłączy

.

Tu nie ma czasu

Nie ma przestrzeni

Iluzja życia

Nie ma narodzin

Zranień i zasług

Nikt nie umiera

Nic się nie zmieni

Nie zaprzestanie bycia

 

Przyszłość Niedziela, List 14 2010 

Znów ogień zapłonie

Wznieci go wiatr

Pochodnię nadziei

Co przygasa

W marzeń oceanie

Zatonę

Czas zatracę

Wspomnienia zabierze

Z jesiennymi liśćmi

Na kartkach wyrwanych

Z pamiętników starych

.

Obudzi mnie ciepło

Dłoni

Jak motyl wśród zieleni

Przesuwając po mojej skroni

Barwy tej podróży zmieni

.

Czas (II) Piątek, List 12 2010 

Czasu duch do przodu gna

Mijają lęki złe

W chmurach anioł gra

Nakierować chce

.

Mgła w pamięci

Już zaciera co bolało

Dół już dawno przysłonięty

Jakby nigdy się nie działo

.

Pod gwiazdami dusza tańczy

I nie myli kroków już

Ten ideał samozwańczy

Łzami skrapla wspomnień kurz

Dom Czwartek, List 11 2010 

Cicha wioska. Jedna droga główna, uroczy ryneczek z pomnikiem natury pośrodku. W oddali rozpościerający się górski krajobraz. Niepozorna rzeka, co roku latem bestialsko zajmująca położone przy niej pola i domy. Pałac i mały las z ruinami wieży, która niegdyś prowadziła do jego podziemi. Na zapomnianych dawno i nieoznakowanych grobach poległych żołnierzy bluszcze.

Dom. Najstarszy na wiosce. Z XV wieku. Pruski mur, niektóre ściany jeszcze wykonane z gliny i trzciny. Solidny, piękny. Przed nim stara studnia, zakryta płytą, na której rozgrzanej zwykłam siadać letnimi wieczorami. Duży ogród, zagracony. Jakieś warsztaty, szopki. Za nim popegeerowski sad i alejka wśród lip. Oaza spokoju. Stadnina koni, datowana na parę lat wstecz.

Na strychu kilka popękanych desek w podłodze. Cisza czasami przeraża. Mały pokoik. Zawsze bałam się w nim spać, zarówno jako dziecko, jak i jako już dorosła. Coś mnie w nim zawsze przerażało…

Strome schody prowadzące na drugą kondygnację. Ile razy z nich poleciałam jako dzieciak…

Człowiek. Starszy. Bezwzględny.

Młodość jego upłynęła pod znakiem nieustających imprez i kobiet. Jedną z nich pochował. Drugą też…

Wkupił się pięćdziesięcioma różami. Żył spokojnie w tym domu lat prawie dziesięć. Żerował, zaśmiecał, użytkował. Eksploatował tylko. Skradał się i nasłuchiwał. Mówił niewiele. Mieszał. Po cichu, żeby nikt się nie zorientował.

Pochował drugą. Ubierał ją do trumny. Na pogrzebie miał kamienną twarz. Także po nim, jak i również, gdy rozbijał rodzinę…

Fałsz, obłuda.

Jeśli kogoś nienawidzę, to właśnie jego.

Mieszka w tym domu. W domu, który mi został zapisany…

Samotność (II) Czwartek, List 11 2010 

Między palce

Słońca wplatam

Promienie

Nie patrzę

Chcę by zauważył

Moje istnienie

.

Biegnę po śniegu

Boso

Nie czuję chłodu

Skrzydła na plecach

Do chmur mnie uniosą

.

Czuję jak krople

Jesiennego deszczu

Twarz mą chłostają

Na przemian pieszcząc

.

To nieba łzy

Unoszę je

W zamkniętych dłoniach

To tylko deszcz

Przesuwa kolejną łzę

Po skroniach

Następna strona »

%d blogerów lubi to: