Plasterek na ranę

Rana świeża. Kłuta, gryziono- szarpana, czy to ważne? Jest, nie zagoiła się. Zakażenie zdaje się być tak nierealne… Chociaż… Łup! Plasterek. Na wszelki wypadek. A tam, po co dezynfekować, po co usuwać syf z przeszłości…

Było tak pięknie, było tak namiętnie. Zostawiło ślady tu i tam. Specjalnie się zostawiło się te ślady. Albo przez nieuwagę… Nieistotne, są i już. Po co sprzątać. Siły brak. Wszedł ktoś z błotem na zacnych szpileczkach i z lekka nasyfił. O tak, ciężko miotłę podnieść, jak i odwłok, by posprzątać. A może ktoś na miotle odleciał. Nieważne.

Taka ranka. Upadek. Rozdarcie. I potyka się o ten bajzel. Bum! Ała, zakażenie gotowe. Gdzie są te cholerne plastry? O! Tu się schowały! Nie, ten kolor ma nie taki, ten nie taki rozmiar… O, ten będzie idealny!

Pac! Nie widać. Krwotok zatamowany. E tam, po co dezynfekować i czyścić. Plasterek całkiem nieźle się prezentuje. A pod tym plasterkiem zaczyna się babrać… I coś goić się nie chce… W końcu ropieje. Plaster się psuje, brudzi… Odkażanie tak ciężka to sprawa…

Ale co tam. Z wierzchu dobrze wygląda. O, jakby powoli zaczynało się goić. A tam, plaster to plaster… Rzecz. Opatrunek. Papra się ta rana, coraz mniej. Może i blizna będzie trochę większa. Dobra, odklejamy plaster… O- oł… Poleciał z kawałkiem skóry… Plasterku, gdzie jesteś? Znowu rana…

A plasterek, im dłużej na tej skórze, tym bardziej się w nią wrasta… I jak plasterek odpada z częścią poszkodowanego, to poszkodowany dopiero zaczyna rozumieć… A wystarczyło tylko zdezynfekować…