Trochę cukru, byleby nie przesłodzić. Trochę pieprzu, żeby pieprzyć to wszystko, ale nie nadto, bo się wtedy wszystko popieprzy. Z solą też tak ostrożnie, zwłaszcza z tą w płynie, bo zupa będzie za słona. Ale życie trzeba smakować i wyrabiać gusta kulinarne…

Umiar! Przedawkowanie z którejkolwiek z przypraw i biegunka gotowa. O, albo odruch wymiotny. A jeszcze gorzej jak jedno i drugie. I leje się wówczas ze wszystkich stron, a wszelkie próby zatrzymania nadmiernego wydostawania się płynów przeważnie kończą się porządnym zaparciem. I idzie później taki ktoś twardo w zaparte, wszak na wspomnienie tych wylewek i przelewek zmienia swe preferencje na hm… kamienne. A potem mina, jak u mojego kota, gdy ze skupieniem odwiedza kuwetę.

Na słodkim samym żyć człek też nie może. Mdli i tuczy, niczego nie uczy. A łatwo przesłodzić. A potem życie sypie sól na te ciężko gojące się rany, powstałe w wyniku tej swoistej cukrzycy, żeby smak zrównoważyć. A w ogóle, glukoza to pożywka dla robaków. I zżera od środka, blee. Zresztą, co to za satysfakcja, gdy monotonia smaku dominuje rzeczywistość (jej wyobrażenie)?

Wiecznie skwaszony. Twarz wygięta w grymasie jak ogórek w słoiku. I nie chce dać się z tej zalewy wyciągnąć, broń cię wpychać tam paluchy. Po co bowiem cokolwiek robić- lepiej wszakże kisnąć w tym occie. I zakwasza atmosferę. I jęczy, jak po porządnym treningu, gdzie do mięśni tlen nie zdążył dotrzeć i się kwas mlekowy wytworzył. Aż w końcu gorzknieje. Oj, ocet ten nie służy, a słoik otwarty, aromat rozprzestrzeniać się musi. A tu trochę słońca, trochę temperatury i kolejne sensacje żołądkowe już gotowe.

Po słonym to tak trochę jak po konkretnej bibie. A nie daj, Siła Wyższa, zadrapanie gdzieś. Piekło będzie. Swędzieć będzie. Ałaaaa.

Pikanterii szczypta. Tak tyci, kawalątek tej pięknej, małej papryczki. Bo jak cała, to za mocno rozgrzeje, ściągnie z ciebie odzienie, poparzy, trąci pornografią wręcz. A jak z dworu zawieje, to zapalenie czegoś gwarantowane. Ale tak odrobinkę, żeby życie miało smaczek… 🙂

A najlepiej to mieszać. Byleby z głową, bo inaczej znowu niestrawności jakieś. I chyba trochę nadto łatwo się pogubić i zamieszać w tym wszystkim…