Lekcje

Człowiek całe życie się uczy. Są nawet potoczne jego szkoły. Ale to właśnie ono takową szkołą jest… Kto więc tu wykłada?

Pewna osoba, którą niezmiennie od lat obdarzam wielkim szacunkiem i która cholernie dużo mi w życiu pomogła, swojego czasu „sprzedała” mi swoją filozofię, której trzymam się po dzień dzisiejszy. Zresztą, jako, swojego czasu, namiętny mol książkowy, doszukałam się wielu rozszerzeń tego podejścia w literaturze. A tak pokrótce, owa filozofia wygląda następująco:

Nie ma czegoś takiego jak problemy. Nie ma czegoś takiego jak tragedie- są tylko sytuacje. A sytuacje to nic innego jak lekcje, które musimy przerobić. Każda sytuacja, każdy człowiek ma za zadanie coś nam uświadomić. I nawet jeśli uciekniemy od takiego nauczyciela, to pojawi się następny o takich samych cechach i stwarzający sytuację do bólu przypominającą poprzednią. Dopiero po uporaniu się z własnym wnętrzem, znalezieniem destrukcyjnej cechy i wyeliminowaniem jej, takowa osoba odchodzi. Albo się zmienia, albo wraca odmieniona po jakimś czasie. W każdym bądź razie- pewne cechy automatycznie wyłączają się z naszego życia. (przykład? Całe życie trafiałam na facetów, których zachowanie było dalekie od wysokiego poziomu świń- od ponad dwóch miesięcy nie spotkałam już żadnego takiego: dokładnie 13 i 14 lipca przerobiłam ostatnią lekcję i jestem temu osobnikowi dozgonnie WDZIĘCZNA za to, czego mnie nauczył- SZACUNKU do samej siebie, poczucia własnej wartości i wierności do swoich staroświeckich zasad).

Jeśliby poszperać w informacjach nt. fizyki kwantowej (zwł. dla laików- taka jest najlżej strawna), to natyka się na wiadomości dotyczące pola energetycznego człowieka. Człowiek ma określoną częstotliwość takiego pola (ezoterycy nazywają to poetycznie aurą) i te pole niejako szuka podobnych częstotliwości. Myśli, fale mózgowe, mają określoną częstotliwość- to również szczęśliwie jest już udowodnione naukowo.

Wracając do samej filozofii lekcji, jak to pięknie sobie nazwałam ;), a właściwie przechodząc do jej puenty… Nie chodzę do kościoła, nie praktykuję nauk kościelnych, kwestia krzyża to dla mnie kabaret lepszy niż ten Moralnego Niepokoju. Człowiek ma to do siebie, że musi w coś wierzyć- najbliższe są mi nauki Kahunów, które zresztą są podstawą dzisiejszej psychologii i lekcje. Nie mam żalu, że coś się stało, nie mam żalu, że ktoś się zachował tak, a nie inaczej. Nawet przy największej podłożonej świni jestem wdzięczna temu, kto ją tam postawił- dzięki temu mogłam się sprawdzić w nowej sytuacji, nauczyć się czegoś od życia. A życie jest za krótkie na jakiekolwiek negatywy…