Król zwierząt. Wielki kot z okazałą grzywą i gigantycznymi łapskami. A gdy zaryczy…

Dwadzieścia godzin snu na dobę. Iście królewski wypoczynek. Do tego wszelkie obowiązki, tudzież te wychowawcze w szczególności, zwalane na zwinną samicę. Ale przecież król to król, w końcu, pan i władca…

Przywódca stada. Ryk jego, głośny i donośny, budzi, wzrusza i przeraża. Za tym rykiem lwice gęsiego i z szykiem. Błyszczy w słońcu i ieniu, salonowy zwierz… Byleby w centrum zainteresowania. Nie ważne jak, ważne, by zostać zauważonym.

I serce lwie, bo jakżeby inaczej. Pojemne, wrażliwe, przepełnione uczuciem. Nie wylewa się z niego, nie przelewa… Kumuluje?

Siła. Argument nie do przebicia (wszelkie inne są takie nudne i niemodne). Siła budzi respekt i podziw…

I ta grzywa… Majstersztyk natury. Wytwór idealny. Ach, i ten powab, gdy nią zatrzęsie. Ma się powód do dumy.

Na deser spoiwo zespalająe całokształt tego idealnego stworzenia- odwaga. Bo i cóż to byłby za przywódca, gdy pomimo samych superlatyw brałby przykład z malutkiego, słodkiego tchórza? No, może gdy lwica zaryczy, król wyjęknie tylko skromne miauuuu. I wówczas z samca alfa te drobne niedociągnięcie przeistacza go w niedoskonałą wersję drugiej litery alfabetu greckiego…