Uroczy, migający w słońcu kopiec. Niezliczona ilość maleńkich, pracowitych owadów, podporządkowanych jakiejś wielkiej, absolutnej władzy płci żeńskiej. Jedyny ustrój, gdzie baba ma najwięcej do gadania…

Mrowisko- doskonały (?) wytwór natury. Wszystko tak jak trzeba, każdy ma swoją rolę, nikt nie podskakuje. Mrówki, odgórnie ograniczone systemem, robią swoje, zatracając swoją indywidualność (o ile można zatracić coś, czego się nie posiada). I wszystko jest pięknie i zacnie dopóty, dopóki kija się weń nie wsadzi. W mrowisko.

Krach. Kryzys. Nie wiadomo, co się dzieje. Ktoś palnął w system. Jeśli zrobił to umiejętnie i nie zaciska palców na tym kiju, być może pozostanie anonimowy. Być może nie. W każdym bądź razie uniknie reakcji alergicznej na najprostszy kwas karboksylowy.

Wbicie kija w mrowisko to wcale nie taka prosta czynność, jaką się wydaje. Najpierw wypadłoby przeprowadzić dogłębną analizę możliwości.  Najważniejsze, to nie zaszkodzić zbytnio mrówkom. Chodzi o to, żeby naruszyć system, a nie jednostki. To trzeba rozwalać odgórnie. Trzeba się dostatecznie szybko wycofać- zawsze znajdą się jak nie zagubione duszyczki, to fanatyczne jednostki pragnące zemsty. Określić bezpieczną odległość miejsca obserwacji. Oszacować chaos i ryzyko z niego wnikające.

Kij najlepiej wbijać w sam czubek. Pierwsza reakcja nastąpi odgórnie, bez szkód na dalsze partie mrowiska. W każdym bądź razie bez natychmiastowych. Co inteligentniejsze owady zdążą czmychnąć, te z wyższych półek już niekoniecznie.

Aby rozbić ogół należy zapoznać się ze szczegółami. Boże broń nie naruszać ich godności. Te, które mają coś na sumieniu, same zagalopują się w kozi róg.

No i najważniejsze- tego nie narusza się rękami. Nie tyka się również odchodów, bo te niby śmierdzą. Nie siadać na tym. Kijem, kijem, kijem…