Na pierwszy rzut oka sesja egzaminacyjna zdaje się nie mieć żadnej analogii do… macierzyństwa. Jednak po głębszej analizie sens obu tych traumatyczno-radosnych sytuacji życiowych sprowadza się do jednego punktu…

S.E.S.J.A., czyli, jak ktoś to kiedyś określił, „System Eliminacji Studentów Jest Aktywny”. Jak potężną siłę ma ten pięcioliterowy rzeczownik, uczniowie szkół wyższych mają przyjemność przekonywać się dwa razy w roku (lub więcej- czasami tę rozrywkę powtarza się jesienią…).

Sesja to okres, kiedy student staje się postacią ewidentnie rozpoznawalną poza swoim środowiskiem. Jest jak przyszła młoda mama- ją poznaje się po rosnącym brzuchu, jego zaś po przezroczystej cerze, zapuchniętych oczach, zaburzeniach psychoruchowych i innych niepokojących symptomach. U świeżo zapylonej kobiety raczej nikt nie rozpozna jej stanu błogosławionego, tak samo na co dzień student zdaje się wtapiać w tłum. Tak jak przyszłą mamusią targają we wszystkie strony świata hormony, tak wirującego między egzaminami studenta targają niewytłumaczalne w żadnym innym czasie emocje.

W dzisiejszych czasach ciąża rzadko bywa zaplanowana. Wprawdzie wiadomo, że sesja będzie, jednak w trakcie trwania semestru zdaje się być tak odległa, że jej nadejście porównywalne staje się z wpadką. I zaczyna się panika- przygotowania na ostatnią chwilę, niepewne efekty, często różnorakie komplikacje, nieprzespane noce… Egzamin- wyjście zdobytej wiedzy z ciemności. Ten psychiczny ból, wielkie nadzieje, niewiadome… I czasami z rozjaśnionego z pozoru umysłu wychodzi czarna rozpacz… Nie to, że jakaś aluzja.

Oczywiście wpadka może być szczęśliwa. Można trafić na swoje pytania i piękna piąteczka notuje się w indeksie. Taka metryka szlachetnego urodzenia. A po egzaminach?
Kolejna sesja… Nieprzespane noce, kłopoty, błaganie prowadzących…

Pisane na posesyjnym kacu…