Zniknięcie poniedziałek, Paźdź 7 2013 

A gdyby by tak zniknąć, zapaść się pod ziemię? Zmienić miejsce pobytu, tożsamość, wygląd. Zacząć wszystko od nowa, ze starymi doświadczeniami i wiedzą z nich płynącą? Kto by nie chciał?…

Żadnych telefonów, żadnych listów poleconych, żadnych wiadomości na fb. Żadnych przypadkowych spotkań z nieprzypadkowymi osobami, żadnego pukania do drzwi. Czasami wyłączam wszystkie urządzenia elektroniczne i udaję, że nie istnieję. Przynajmniej dla innych. Ot, owijam się kocykiem, ciepła kawka z mlekiem, szkicownik lub książka. I ja. Tylko ja. I czasem wpada do głowy myśl, żeby się od wszystkiego odciąć raz na zawsze.

Przez lata wiążemy supełki. Nie każdy chce się od razu roplątywać. A później to już zwyczajnie się nie chce i nie widzi się takiej potrzeby. Ot, było, minęło, baj baj. A potem, jesiennym wieczorem, pomiędzy upierdliwym, acz słodkim, miauczeniem kota i wrzaskami bijących się koszatniczek o pierwsze miejsce w kółeczku nachodzą takie myśli- co by było, gdyby ciocia miała wąsy (acz są i takie, które mają). Takie trzaśnięcie w głowę poplątanym sznurem.

Jesienna chandra? Może, gdzieś pomiędzy bombardowaniem serotoniny w słoneczny dzień, zastrzykami adrenaliny na szczecińskich ulicach i ciszą nocną, która tak rzadko wita, gdy egzystuje się w centrum betonowej dżungli.

Jeździ się to tu, to tam, styka z różnymi środowiskami. Kółko wzajemnej adoracji na warszawskich salonach, słodko uśmiechający się celebryci do obiektywów aparatów, paparazzi bombardujący światłami, że padaczki idzie dostać. Siedzę, popijam Martini, obok mnie Mateusz Damięcki z dziewczyną i się pytają, jak się bawimy (notabene- pokaz mody Cold Love Mariusza Przybylskiego- długa historia, jak się tam znalazłam-  a potem siebie na zdjęciach z portalów plotkarskich). Rozglądam się dookoła, jeszcze do końca nie wiem, co tutaj robię, odpowiadam. Jednorazowe wejście może i przyjemne w taki światek, ale co za dużo, to i świnia nie zje. Szczerząca się do wszystkich panna, co z gołym tyłkiem gdzieś tam pozowała, połykająca wzrokiem każdego reportera jak panienka z agencji towarzyskiej męskie klejnoty i wymachująca torebką od Louis Vuitton. Ale to taka chwila, gdy wtapiasz się w towarzystwo i jesteś zupełnie inną osobą, nikt nie pyta cię o żadne egzystencjalne problemy. Chwila oderwania.

A gdyby tak oderwać się na zawsze? Wylecieć gdzieś do Australii, zaszyć się wśród wiecznie naprutych misiów koala, wdychać miłą woń eukaliptusa. I zacząć swoją historię od nowa. Bo czasu się nie cofnie, a nawet, gdyby się cofnęło, to i tak popełnimy dokładnie te same błędy co kiedyś. Bo cofamy się do pewnego etapu młodzieńczej głupoty i niepohamowanego apetytu na robienie gaf. Bo życie to nauka. A każde miejsce to szkoła. A ja już chcę skończyć ten etap edukacji…

Farmakon naszych czasów niedziela, Wrz 15 2013 

Internet to taki trochę pająk. Wybiera dogodny kącik i tka tą swoją sieć. A potem już tylko czekać, aż jakaś mucha zwabiona byle odchodem tknie jedną z nici. I im bardziej będzie się starała wyplątać, m bardziej będzie się wierzgać, tym bardziej będzie zagłębiać się w kolejne warstwy tej swoistej tkaniny…

A tkanina to porządna, bowiem wytrzymałość jej pięć razy mocniejsza od stali. I potrafi rozciągnąć się o jakieś 40 procent bez rozerwania. Co z takowej tkaniny robimy? Maski, to po pierwsze. Bo Internet to swojego rodzaju teatr. Tutaj każdy coś gra. Każdy coś udaje. Każdy chce się pokazać. Tu objawia się maska ludzkiej natury: narcyzm, chęć zwrócenia na siebie uwagi. I nie ma co się burzyć- tacy już jesteśmy. Tylko gorzej z przyznaniem się do tego, a już zwłaszcza przed samym sobą.

I zasłony szyjemy. By jak najbardziej odizolować się od świata zewnętrznego. Czasem człek spojrzy gdzieś na zewnątrz, czasem kogoś podpatrzy, by zaraz wejść na odpowiedni spotted i spłodzić przykrą wiadomość. Bo jakim innym przymiotnikiem można to nazwać? Języka bozia nie dała? I choć czytam te wypociny, jak mam zły humor, żeby poprawić sobie nastrój, że inni mają jeszcze większe problemy ze sobą, to jednak mam chwile refleksji i współczucia, jak bardzo można się czuć wyobcowanym we współczesnym świecie. I nagle zanika gdzieś moja alienacja spowodowana przemieszczaniem się z miasta do miasta od jakichś 23 lat (albo i więcej…).

Ale tkaniny z tych sieci potrafią być niezwykle pożyteczne i piękne, wzorzyste. Bo gdzie indziej znajdziemy takie skupiska ludzi z pasją? I na dodatek otwarte i darmowe? Bo trzeba zaznaczyć, że Internet to skarbnica DARMOWEJ wiedzy. Gdyby nie ten cały przeklęty Internet, zapewne zniechęciłabym się po paru latach słuchania od niektórych osób o bezsensowności moich zainteresowań. A tak udało mi się znaleźć ludzi, od których nie dość, że czerpię motywację, to jeszcze wiedzę. Co nie zmienia faktu, że nadal kocham książki…

Czasami tkanina ma dziury. I przez te dziury czas przemieszcza się niespostrzeżenie. Dziurą jest facebook. A już zwłaszcza wszelkiego rodzaju kulki, które zamrażają moje szare komórki. Ale oprócz tych szarych komórek zamrażają także neurony, obniżają poziom kortyzolu i adrenaliny, także nie jest tak źle…

I na koniec jeszcze pomarudzę. Internet powinien być ograniczony. Gdy niedojrzała osoba zaplątuje się w sieć, nie wróży to niczego dobrego. A skąd to wiem? Ano, z autopsji. Niejedną głupotę zrobiłam, niejednokrotnie sprałam sobie mózg, niejedne poglądy, błędne, stereotypowe i krzywdzące przyjęłam. I dużo czasu zajęło mi wyplewienie tych chwastów z mojej głowy.

Także tego… Jak z winkiem- żadnych jaboli, tylko górno półkowe. A już najlepiej domowe (mniam). Wszystko jest dla ludzi- byle z umiarem. Pasje, wiedza, zainteresowania, rozrywka- jak najbardziej. Kontakty interpersonalne- niekoniecznie. Błogosławieństwo, gdy nie ma innej drogi konwersacji. Przekleństwo, gdy nie chce ruszyć się części ciała zawierającej kość ogonową i zwieracze…

Mikrus piątek, Wrz 6 2013 

Biuro matrymonialne Auto Komis Gorzów Wlkp. Typowe swatanie. Już na mnie czekał, wykupiony z mym nazwiskiem. Cierpliwie stał pośród innych czekając, aż wejdę weń, włożę mu kluczyk do stacyjki, przekręcę nim nieco i wyruszę w świat daleki. No, z tym światem dalekim może i przesadziłam, ale kierunek dżungla (tudzież betonowa) wydaje się być określeniem aż nadto adekwatnym.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. I bywa, iż nawet związek idealny, z przyczyn od nas niezależnych, w jednej chwili ulega roztrząśnięciu na tysiąc kawałków. Jak światełka w moim Bąbelku, gdy durna baba wjechała mi pięć metrów przed maskę, wymuszając pierwszeństwo i jeszcze, zamiast ratować sytuację, dać gazu i zwiać, to stanęła w poprzek drogi. Dwa i pół miesiąca żyłam okryta żałobą. I żal ten wzrastał we mnie  każdego dnia. Nie dość, że nie miałam mojego Ukochanego Autka, to na dodatek uśmiechać się zwykłam niezwykle szeroko, by ktoś podwiózł mój tyłek szanowny tam, gdzie piechotą dojść nie mogłam (a niby do lata można dojść tym sposobem…).

Żal powoli mijał. Dalej zżerała mnie tęsknota i łza w oku kręciła się, jak ja niegdyś kierownicą mojego Bąbla. Aż tu pewnego (niezbyt pięknego w aspekcie atmosferycznym) dnia zadzwonił telefon: Znaleźliśmy dla ciebie samochód idealny! Sceptycznie nastawiona, bucząc jakieś acha pod nosem, przyjęłam do wiadomości. I nawet, gdy transakcja została dokonana, jeszcze tego nie czułam. Jeszcze go nie widziałam przecież. Tylko kilka zdjęć, a w zdjęciach nie zwykłam się zakochiwać (chyba, że są na nich koty).

Ale pierwsze spotkanie. Oko w lampy… Toż to miłość od pierwszego wejrzenia! Mój. Naprawdę MÓJ. Cudowny, srebrny, zadbany i czyściutki. Mój Nissan Micra. Moje nowe cudowne autko! Weszłam do niego, poczułam jego wygodne siedzenia, obmacałam drążek od skrzyni biegów, przesunęłam palcami po kierownicy, wepchałam łapy do wszystkich schowków i poprzyciskałam co się dało. MÓJ. MÓJ UKOCHANY…

Wspomnieć jeszcze należy o lęku, który zagnieździł się we mnie od czasu wypadku. Przedsmak wygranej poczułam wraz z potem nie do końca dbających o higienę pasażerów autobusu. Jechałam nim pierwszy raz od kilku lat. I OSTATNI. Serio. Wygraną poczułam po piętnastu minutach pierwszej jazdy. Wprawdzie wyjeżdżając z Gorzowa obawiałam się, iż nie doczyszczę tapicerki, bo po prostu coś na niej zostawię śmierdzącego po pierwszej jeździe, jednak mimo dwóch baranów, co mi pierwszeństwo wymusili ( i których Mikrusek nie omieszkał swym sygnałem dźwiękowym uraczyć), wszystko jak ręką odjął.

Mikruś to zgrywus. Już po pierwszej trasie odczułam jego poczucie humoru na moich zatokach. Zgotował mi chłodną, mrożącą krew w żyłach jazdę, czyli klimatyzacja w pełni sprawna- zdychałam prawie tydzień. Drugi psikus był znacznie bardziej bolesny- ja miałam zatkane zatoki, on zaś pompkę od spryskiwacza. I menda tak głęboko miała ją schowaną, że trzeba było ściągać nadkole i zderzak. A że zeszło nam to do zmroku, to stwierdziłam, że mój blaszaczek tak ładnie świeci oczkami, że włączę mu światła. Jego blask mnie kompletnie oślepił i wchodząc do kanału… nie zauważyłam schodka. I w tenże  sposób, niczym wytrawny weteran wojenny, na kampanię wrześniową wkroczyłam kuśtykając, ze skręconą kostką.

Kocham mojego Mikruska, mimo jego niewybrednych żartów.

*** [Dzień, który…] czwartek, Lip 4 2013 

Dzień, który nigdy nie nadejdzie

Słowo, które nigdy nie zostanie wypowiedziane

Chociaż słońce nie jeden raz znów wzejdzie

Chociaż świat w pyle marzeń pozostanie

.

Pocałunek, który nigdy nie zostanie skradziony

Ciepło nigdy nie dotkniętej dłoni

Choć noc zawsze od światła będzie stronić

Choć lato znów nadejdzie, rozpylając ciepłe wonie

.

Spojrzenia, które nigdy się nie spotkają

Oddechy, których nigdy nie poczują dwa ciała

Chociaż gwiazdy wciąż spadają

Chociaż niektóre marzenia się spełniają

.

Twarze, które nigdy nie ujrzą już siebie nawzajem

Dłonie, które nigdy nie doznają już uścisku

Choć dwa serca biją jednostajem

Choć tak daleko, wciąż jednak blisko

Muzycznie :)) sobota, Czer 29 2013 

Szeroko pojęty debiut Sitka :)) Tekst, głos, wycie i występ w clipie- ta dam! Sitko :))
Kawałek już na beatporcie: http://www.beatport.com/search?query=soundmare

Ku pamięci Bąbelka… środa, Czer 12 2013 

Był pierwszy, ale jak to w życiu bywa, z pierwszą miłością człowiek się rozstaje. Tolerancyjny, zawsze posłuszny, nawet, gdy nie dawał rady, ledwo zionął, był spragniony- nigdy nie odmówił mi posłuszeństwa. Moja pierwsza blaszana miłość. Mój Bąbelek. Moje kochane autko…

Tekst ten powstał, żeby uczcić pamięć Bąbelka, mojego kochanego maluszka. Był malutki, niezwykle zgrabny i posłuszny, w kolorze czerwonym, perła. Tak pięknie się mienił w słońcu (jak był czysty- to w sumie nie zdarzało się aż tak często). W sumie dalej Bąbelek jest, niestety czekając na rzeczoznawcę mobilnego, który „na 99% orzecze całkowitą szkodę”, choć już nie tak zgrabny, wstępnie z wgniecioną maską, błotnikiem i zderzakiem, rozwaloną lampą i chłodnicą. Szkoda. Tyle z nim przeżyłam.

Pierwszy raz tylko ja i on. Nigdy nie zaburczał, gdy klęłam jak szewc za kółkiem. Nigdy nie kazał mi się zamknąć, gdy śpiewałam. Ba, nawet radia nie kazał pogłośnić.

Serce jego, silnik, dostrajało się do mojego nastroju. Im więcej we mnie adrenaliny było, tym głośniej wył jak wilk do księżyca. To z nim pierwszy raz pocisnęłam, ile dała fabryka (aż mu żyłka pękła i musiałam impulsator mu wymienić- tak mu ze mną dobrze było na wysokich obrotach, że nie chciał mnie uświadamiać).

Bąbelek uwielbiał, gdy delikatnie jeździłam dłońmi po jego kółeczku, gdy chwytałam pewnie jego drążek i zmieniłam nim biegi. Uwielbiał mnie, a ja jego. I nawet, gdy skrzynia, od tego jego zgrabnego drążka odmówiła mi posłuszeństwa w trasie, to jednak pozwolił mi dojechać do Szczecina, by potem na awaryjkach, ostatnimi tchnieniami, przezeń przejechać.

Bąbluś był moim przyjacielem. Nigdy nie narzekał, zgrabnie trąbił i hamował. Nie obrażał się, gdy był zawalony papierami, projektami, puszkami po energetykach i paczkami po fajkach, czy gdy upaćkałam mu tapicerkę. A jakże szczęśliwy był, gdy tą muskałam rurą od odkurzacza.

Ten jeden, jedyny raz Bąbel nie wyrobił. Zapamiętam tę datę do końca życia- 11 czerwca 2013. Wracaliśmy z uczelni. Ja, Ola i Bąbelek, naturalnie. Po dwa pasy w jednym kierunku, oddzielone pasem zieleni. Ja na pierwszeństwie. Na skrzyżowaniu, na torach tramwajowych, widzę jakieś auto. Coś mnie dźgnęło. Zwolniłam, jechałam jakieś 40 km/h. I nagle, w ostatniej chwili, wyskakuje jakaś baba w tym aucie, ja po hamulcu, ona- zamiast gazu- hamulec i stoi w poprzek. A Bąbelek, na hamulcu, próbuje się bronić. Wykręcam lekko, bo ta stoi i gapi się jak szpak w dupę, za przeproszeniem. Jebut. Bąbelek skasowany. Pinda głupia w tym oplu tylko lekkie wgniecenie.

Formalności, ganiania i te de- szkoda mi nerwów, żeby pisać. Jeszcze tylko na policję się wybrać muszę, by wysępić nagranie z monitoringu z ostatnich chwil życia mojego Bąbla. Ale przynajmniej jego organy pójdą na przeszczep, a serduszko jego, silnik, będzie jeszcze przez lata wyło.

Cały czas mam wrażenie, że Bąbelek stoi pod kamienicą, że czeka, aż zejdę, włożę mu kluczyk do stacyjki i gdzieś pojedziemy sobie w trasę. Tylko ja i on…

Pamięci Bąbelka, Fiata Seicento,

Rest In Peace, 11.06.2013

Historia lubi się powtarzać… piątek, Czer 7 2013 

… a trendy lubią wracać :))

inspiracje

Znaki, przypadki, wpadki i wypadki czwartek, Maj 16 2013 

Są znaki, których nie sposób przeoczyć. Oczywiście wszystko można zwalić na przypadek, Bogu ducha winny los, partactwo hydraulika i inne, zgoła odległe czynniki. No i jeszcze prawo Eddiego czy Murphiego. Bo jak już kupka na wierzch wyjdzie, to i inne smrody wonią swą niezbyt delikatnie o istnieniu swym znać dadzą…

Zaczęło się tragicznie. Bo jakim epitetem określić odejście na zawsze bliskiej Osoby? Tylko tragicznym. Pomimo spokoju na zimnej twarzy, pomimo ciszy, którą zostawił, odszedł. Odszedł człowiek, na zawsze. Bliski. Bardzo, bardzo bliski. Akurat pakowałam ostatnie rzeczy do auta, by przewieźć je na nowe mieszkanie, akurat sprzątałam ostatnie brudy na starym. Akurat wtedy. Siadłam ze ścierką w ręku i ryczałam jak durna. Czyjeś życie się skończyło. Część mojej historii się skończyła… W pamiętny Wielki Piątek (kolejny przypadek?).

Nowe mieszkanie. Ładne, żadnych problemów z sąsiadami (?!). Tylko… A tu pralka się zepsuła. A tu okno rozregulowane. A to młynek w kiblu coś zatrzeszczał. Ok., poprzedni mieszkańcy zdemolowali, nie zrzucę tutaj winy na nic innego niż przypadek. No i ciężko, żebym w takim momencie była w pełnej regulacji.

A tu bach! Kanaliza wybiła. Oj, naprzeklinałam się niczym szewc podczas pasji swojej szewskiej. Następnego dnia szanowni, nieco upośledzeni, jak się okazało, państwo, u których wynajmowałam wcześniej mieszkanie, okazali się zwykłymi oszustami. Ale to się przełknąć jeszcze jakoś da. Ale nie da się już przełknąć świństwa osoby, której uratowało się życie, której non stop się pomagało, bez względu na to, w jakie problemy się pakowała (kat, komornik, rozwodnik z przeszłością i inne, nie mniej barwne). Rzekoma przyjaciółka okazała się zwykłą, pazerną na cudze pieniądze świnią, do tego mało rozumną.

Sytuacja z wybuchową kanalizacją względnie opanowana. Jakoś zaczyna się wszystko układać. Aż tu pewnego dnia, wybija ze zdwojoną siłą. Dosłownie parę minut później dostaję wiadomość na facebooku. Treść jakże patetyczna, jakże wzruszająca. I jakże (przepraszam) kurewsko nasycona manipulacją. Zachowując oryginalną pisownię, poprzez kopiuj- wklej, brzmi ona następująco:

Hej Agatko, pomijając czasy przeszłe, które nas wiele nauczyły. Z głębi serca przepraszając za słabość odczuwania i brak zaufania, które spowodował błędy, chciałbym Ciebie poprosić o przebaczenie. Głęboko wierzę, że Twoja osobowość w końcu eksplodowała pełnią wiary w siebie i niezależności w działaniu i myśleniu. Byłaś wspaniałą kobietą, jednak oboje byliśmy niedojrzali, ale mam nadzieję, że poprzez nienawiść do mnie której doświadczyłaś stałaś się dużo, dużo silniejsza. Z całego serca życzę Tobie wszystkiego dobrego.

Pierwsze: nie wierzę, kpina jakaś. Reakcja? No chyba cię pojebało, weź spierdalaj. Blokuję. Osobnik, który zjechał mi psychikę na długie lata, coś, co przyczyniło się do śmierci mojej najbliższej osoby (a w każdym bądź razie przyspieszyło jej drogę na tamten świat), coś, co próbowało mnie skłócić z kochanymi rodzicami, bratem i resztą rodziny, coś, co próbowało mnie zniszczyć, próbuje szukać punktu zaczepienia, dosłownie, jak kiedyś, pięć, sześć lat wcześniej. Nie wierzę w tą bezczelność. Nie ogarniam, jak można po takich rzeczach, czynach mieć czelność, by próbować nawiązać kontakt. Wiele jestem w stanie wybaczyć. Ale NIGDY krzywdy moich bliskich. NIGDY. Sorry Winnetou, dziewiętnastu lat już nie mam. Już tak durna nie jestem. Ciśnienie w górę, coś na uspokojenie i wyżywanie się na wszystkim wokół.

Z kanalizacją dalej problem, powoli, systematycznie ryzykując kretem, zaczyna wracać do normy. Ale jeszcze pewnie trochę potrwa…

Beading, czyli… poniedziałek, Maj 6 2013 

mój kolejny sposób na, hmmm… kreatywne odchamienie się ;)) kilka losowo wybranych plecionek z mojej kolekcji :))

15121_591204577558840_678892947_n

224759_578723648806933_72036408_n

226526_572459702766661_1873919843_n

315567_591204707558827_1608733145_n

408573_591204857558812_301673338_n

481250_575468892465742_1519993757_n

522517_571612582851373_396659010_n

600082_569587619720536_526730489_n

601199_575023592510272_213695608_n

602884_571612746184690_107220726_n

733771_575919185754046_510041637_n

935420_591206460891985_1582405415_n,

Nad jeziorkiem… niedziela, Kwi 28 2013 

 

 

Akryl, podobrazie płócienne 40 x 60 cm

Milczenie jest złotem…

 

 

Ostatnie pożegnanie wtorek, Kwi 23 2013 

Nim zgaśnie świat

Nim przykryje zimną ziemię mgła

Chcę pożegnać się

Jeszcze raz

Nim wezwie niebo

Pośród rozsypanych gwiazd

Na mlecznej drodze walc

Już aniołów orkiestra gra

Chcę pożegnać się

Jeszcze raz

Nim wystygnie dech nadziei

Której płomień właśnie zgasł

I do szumiących kniei

Uniesie go wiatr

Chcę pożegnać się

Jeszcze raz

Ku pamięci kolejnej bliskiej mi Osobie, która niedawno odeszła na zawsze…

Podwójne dno niedziela, Kwi 14 2013 

Dna można dotknąć, można się na nie stoczyć, lub systematycznie iść. Można je osiągnąć, zostać tam i szukać drugiego dna- bo czasami dno bywa podwójne. Lec rzekł bowiem, iż kiedy znalazł się na dnie, usłyszał pukanie od dołu. A i nurka niejednego Rugie dno pochłonęło…

Depresja to powierzchnia położona poniżej poziomu morza. Tak mnie przynajmniej na geografii w szkole kiedyś uczono. Podchodziliśmy do mapy przy tablicy i prezentowaliśmy nasze, niejednokrotnie, intelektualne dno, wpadając przy tym w stany depresyjne.

Dno bywa bagniste, zamulone. Stąd wszak człowiek, który dotknął, nie wnikam już czym, dna omawianego, bywa nieźle przymulony i przeciążony życiem. Abstrahując już od odmiennego ciśnienia, niż na terenach wyżej położonych, na stan taki, psycho – fizyczny, składa się również znacznie zmieniona gęstość powietrza. Atmosfera zwiększa swoją objętość na centymetr sześcienny, a jakby tego jeszcze było mało, na dnie zbierają się wszelakie gazy cięższe od powietrza, włączając w to wszelkie pierdy i pierdoły, które poniżej pewnego poziomu stają się nadto uciążliwe.

Można podcinać sobie gałąź, na której się siedzi. Można też samemu wykopywać sobie dół. Masochista taki, częstokroć świadomość jego bywa ograniczona przez różnorakie czynniki zewnętrzne i wewnętrzne, lubi sobie jeszcze dokopać narzędziem, które służy mu poniekąd do owego kopania, a także dosypać się materiałem, w którym zwykł dziurę wiercić.

Można również długo stać na skraju takiego doła. Zastój w jednej pozycji powoduje zesztywnienie postaci, przez co łatwo takiego delikwenta, poprzez lekkie tknięcie popchać w dół. Desperat sam w nie skacze.

Dół ma znaczenie symboliczne, także w wierze zdominowanej przez piękny nasz kontynent (i nie tylko). Religioznawcą nie jestem, leniem za to, któremu nie chce się zagłębiać w tajniki odmóżdżających wyznań, wszak zdaję się, że na dole przesiaduje niejaki diabeł i smaży złe dusze.

Długotrwałe przebywanie w dole grozi dalszym zapadaniem się powierzchni, jak i tworzeniem się osypów. Przydatna będzie jakaś pomocna dłoń lub konsultacja ze specjalistą.

Tyle na ten temat, choć mogłoby być zdecydowanie więcej, ale mi też zdarza się mieć doła i właśnie takowego mam, więc z dołu dziękuję…

Zachód słońca sobota, Kwi 13 2013 

akryl, podobrazie płócienne 30×40 cm

Krótka historia poniedziałek, Kwi 8 2013 

… i prawdziwa, żeby nie było.

W pewnej wiosce żyła sędziwa staruszka. Podeszła do niej kobieta i zapytała:- Droga pani, jak to jest mieć 90 lat?
– Tak samo jak 20… Życia zawsze będzie za mało- odpowiedziała tamta.

Gówniarz niedziela, Lu 10 2013 

Chociaż udaje, że gówno go wszystko obchodzi, gówno wie, łyka byle gówno i o byle gówno się obraża. Gówniana sprawa, gdyż w każdym z nas jest jakaś część gówniarza…

Babcia, pamięci świętej, moja, powiadała: nie czepiaj gówna, bo gówno śmierdzi. Każdy śmierdzi. I nie chodzi o bakterie uwalniające z siebie zapaszek z miejsc, gdzie gruczoły potowe pracują nad wyraz intensywnie. Każdy czasem ma humorek, roztaczający ciężką do zniesienia aurę, zatruwającą powietrze. I każdy przechodzi okres, w którym cisza przed burzą dominuje na co dzień (kobiety do starości, niestety… ale tylko w określonych odstępach czasowych, w miarę łatwych do przewidzenia).

Gówniarz gówno wie i niestety, łatwowierny niezwykle jest. Nie sprawdzi faktów dokonanych, bazuje na wyobrażeniach swych, zrodzonych i stworzonych na podstawie gestu, żartu, czy autonomicznego zachowania, zupełnie o kant dupy rozbić powiązanego z daną korelacją. Gówniarz, opierając się na kilku słowach i zachowaniach, kompletnie ignorując pozostałe zaistniałe sytuacje, stworzy obraz daleki od dzieł Rafaela Santi, barwny niczym twórczość Van Gogha i uparcie się go trzyma.

Gówniarz lubi gierki i zabawy. W końcu domena to jego dojrzałości. A raczej kwaskowatości. Nie są to gierki wszak nieszkodliwe dla otoczenia, typu Diablo, The Sims i inne. Gra nie wydaje też żadnych dźwięków, nie licząc może cichego szlochania. To gra na emocjach. Czyichś emocjach. Paradoksalnie, gra destrukcyjna dla obu stron, bowiem trąci to sportem i odbijaniem piłeczki.

Gówniarz stara się ominąć gówno, które zrobił. Jakkolwiek zawsze na podeszwie się ono znajdzie. I zawzięcie, jako własność, nosić będzie, starając się, aby Boże broń nie odpadło. I o ile to obuwie codzienne, w miarę upływu czasu i poruszania się naprzód, gówienko schodzić będzie. Gorzej, jeśli to okazjonalne… Założył na randkę pantofelki, wdepnął w co nieco, i na każdej randce kadzi… Pewnie za którymś razem trafi na trawkę, albo przywita do czyjegoś domu i będzie musiał buciki wytrzeć, ale nigdy nie wiadomo…

Gówniarz nie wybacza. W zasadzie jak ma wybaczać coś, co nigdy się nie wydarzyło- poza jego wyobraźnią. Bo ten co z gównianego wieku wyrósł wie, że błędy domeną ludzkości są, a ponadto, doskonale szkolą i hartują charakter. Dorosły wie, że jeśli ktoś rani, to dlatego, że nie jest świadomy. Że nie wie. Że nie zdaje sobie z czegoś sprawy. Jest mu przykro, że ktoś zadał mu ból. Ale żyje dalej. I nie jęczy na facebooku, że Alzheimera nie ma i Jezusem nie jest. Nie, nie zapomina, ale w pewnym momencie ma to tam, skąd gówno wychodzi. I rozumie. Nawet jeśli nie ma co rozumieć . Nie smrodzi komuś, nie ma takiej potrzeby. A już tym bardziej, nie sra komuś w życie.

Z górki na pazurki niedziela, Gru 23 2012 

Każda jazda wiąże się z jakimś ryzykiem. Droga, na której się skupię, winna być dobrze nawilżona i śliska, aczkolwiek bezpieczna. A w warunkach wyżej wymienionych, należy zachować szczególną uwagę i zasadę ograniczonego zaufania… Droga nigdy nie jest pewna, nawet jeśli jest prosta i bez większych dziur, czy też kolein. Ale za prostym odcinkiem zawsze jest jakiś zakręt, może wyjechać jakiś intelektualnie upośledzony kierowca z otępiałą uwagą, bądź też wyskoczyć niespodziewane zwierzątko…

Najbezpieczniej jechać na ręcznym. Wbrew nazwie, bez hamowania, wymaga wzmożonego wysiłku i w wyprawie brać może udział tylko kierowca, obecność pasażera nie jest konieczna. Niekoniecznie występuje pisk (opon), zatrzymanie i ulga- zawsze (no, zazwyczaj). Trochę trzeba się napracować, ale efekty są widoczne już po paru minutach.

W przypadku, kiedy kierowca nie jest sam, a zwłaszcza, jeśli bierze pasażera na gapę, powinno się zadbać o odpowiednią wulkanizację. I nie chodzi tylko o to, czy są to opony letnie, czy zimowe. Przede wszystkim muszą być pewne i z pewnego źródła, bez dziur (które cyrklem zrobiła pani w kiosku), przetrzymywane w odpowiednim miejscu i temperaturze, nieprzeterminowane. Ogumienie jest istotne, gdy nie zna się do końca pasażera (kierowcy). Albo, gdy któreś ma coś na sumieniu. Proces wulkanizacji w bieżącym przypadku jest JEDNORAZOWY.  Nie odwracamy gumki na lewą stronę i nie używamy jej ponownie. Przerażające w dzisiejszych czasach jest przekonanie, że skoro kobieta zabezpiecza się tabletkami antykoncepcyjnymi, to nie trzeba gumki. Trzeba. Jak się kogoś niedostatecznie zna, TRZEBA. No, chyba, że chcemy być nosicielami chorób wenerycznych czy jakichś (ś)wirusów. Droga wolna. Inspekcja Dróg i Transportu na fotelu ginekologicznym będzie miała robotę, a koncerny farmakologiczne klienta. No, i nie wiadomo, jak później z potomkami będzie, jak się nie myśli zawczasu.

W przypadku stałego związku warto pomyśleć nad zmianą paliwa na bardziej ekologiczny. Instalacja przebiega pod nadzorem lekarza, jest w miarę bezpieczna i przebiega bez komplikacji. Ryzyko zawsze jakieś jest, tak jak w przypadku instalacji gazowej, może nastąpić awaria, a w przypadku zagalopowania się i sklerotycznych skłonności, organizm może przejść na tryb normalny i wypadek gotowy. Na szczęście, rzadko się to zdarza.

Można zastosować smary. Ale takie specjalne, co zabijają takie małe żyjątka z ogonkami. Na pewno jest to metoda lepsza, aniżeli przewidywanie pogody, dnia i godziny. Majowie pomylili się co do 21 grudnia 2012 roku. Kobieta zazwyczaj myli się częściej i nieprzewidywalna jest, jak pogoda (nie to, żeby mężczyźni nie byli… ;)).

Można jeszcze wbudować sobie ogranicznik prędkości. Robi się to chirurgicznie, zazwyczaj jest to odwracalne i nie ma jakichś specjalnych skutków ubocznych (poza trwałą bezpłodnością- ale: jest zabawa, jest ryzyko).

No i zostaje jeszcze ostre hamowanie. Ale to bardzo niebezpieczne. Pamiętajmy, że nawierzchnia jest mokra i śliska, a i czas hamowania wydłużony. Oby nie doszło do kraksy…

Zdrowych i wesołych świąt Bożego Narodzenia, bezpiecznych wypraw do rodziny, pozbycia się wszelkich animozji- czas na to jest idealny. Pamiętajmy- życie jest tylko jedno, jest nam dane, to najpiękniejszy prezent, nie skopmy go jakimiś żalami, abominacjami, porażkami i czym tylko. W życiu trzeba DOŚWIADCZAĆ. Ale przede wszystkim trzeba kochać i wybaczać, nawet idiotom (tylko po prostu ich unikać). Bez chamstwa, bez plot, bez pomówień. Szczęśliwości!

SITKO

Sztuczny miód niedziela, Gru 9 2012 

Jest słodki. Przesłodzony aż. Klei się niemiłosiernie. I wygląda jak miód. Ale nie jest prawdziwy. To sztuczny miód.

Naturalny miód powstaje z nektaru. Dojrzewa w organizmie pszczoły, by następnie wydostać się na zewnątrz na plastry. Nikt nikogo nie pogania, wszystko dojrzewa w swoim czasie. Nikt nikogo nie zasypuje sztucznie wyhodowanymi kwiatkami, kusząc nienaturalnie intensywnym, genetycznie podpędzonym kolorem, bądź też uzyskanym przez sztuczny barwnik dolany do wody, w której stały ścięte już kwiaty. To nie swatanie przez starsze pokolenie. Pszczoła sama sobie wybiera najbardziej nęcący kwiatuszek. A i kwiatuszek wydaje sam z siebie woń przyciągającą odpowiednią pszczółkę. Naturalny miód jest zdrowy, choć nie posiada niewiadomo jakich właściwości odżywczych. Ale jest źródłem łatwo wchłaniających się cukrów prostych, które zdrowo osładzają życie. Miodek w pierwszej kolejności, ze względu na swą konsystencję, przepływa sobie dorodnie, potem krystalizuje się w jedną całość. Miody są różne, w zależności o surowca.

Inaczej sprawa wygląda ze sztucznym miodem. Tu pszczółka do miodu nie przyleci. To się klei raczej jak… mucha do ludzkich fekaliów. Na pierwszy rzut oka wygląda całkiem, całkiem. Naturalnie, rzec by można. I w smaku nawet podobny… Chyba, że się go przedawkuje, a to następuje niezwykle szybko.  Cukry proste? Hm, tak. Ale poprzez rozpad cukrów złożonych. A to już skomplikowane. Wszystko, co złożone, jest skomplikowane. Potem trudno to rozłożyć, o ile w ogóle się, oczywiście, da. Z założenia najpierw się komplikuje, żeby potem odkomplikować. Można zaangażować także pszczółki do roboty. Ale składniki już są- cukier i woda. I po co? A potem żyj z takim sztucznym czymś.

Sztuczny miód szybko się przejada. Szybko konsument wyczuwa nienaturalność. I w równie ekspresowym tempie nie ma ochoty mieć nic wspólnego z podróbką… Od chemikaliów i mutacji to tylko choróbska.

Bo najlepiej iść z naturą, poprzez piękny proces i rozkoszować się naturalną słodyczą. Chyba wiadomo, o czym mówię. Nic na siłę, co ma być, to będzie. Kogo mamy spotkać, tego spotkamy. Żadnych związków, żadnych przyjaciół i więzi na siłę… W skrajnych przypadkach, nawet, jeśli są więzi krwi… Ahoj!

Z zasypanego śniegiem Szczecina pisało SITKO! 🙂

(Po)wołanie środa, List 21 2012 

(Po)wołanie

Malować może każdy. Fotografować może każdy. Śpiewać i każdy może (jedni lepiej, ja może trochę gorzej…). Pisać każdy może. I biegać. Ale nie każdy może być malarzem. Nie każdy może być fotografem. Nie każdy może być śpiewakiem. Ani pisarzem, dziennikarzem, ani biegaczem…

Tak jak jedna wódka przyjaciół nie czyni (a beczka soli, jak przysłowie głosi), tak najdroższe farby olejne, pędzle z końskiego włosia i podobrazie z najwyższej jakości płótna malarzem nie czyni. Lustrzanka za osiem tysięcy i powstająca na baczność niczym żołnierz na apelu męska część ciała w spodniach na widok modelki, fotografem nie czyni. Śpiewakiem nie uczyni mega mikrofon i głośniki Yamahy-srachy do odsłuchu. Trzeba mieć to COŚ. Coś więcej, aniżeli warsztat, który jest niezwykle ważny. Coś więcej, aniżeli pociąg (i każdy inny środek komunikacji). Talent. Trzeba mieć talent. Wyczucie i smak.

Gniot na płótnie się nie utrzyma.  Rodzaj sztuki, na który większość jednak jest wyczulonych, nawet ci mniej wrażliwi na estetykę. I ze śpiewaniem bez głosu też nie przejdzie. A z fałszem tym bardziej. Zeżrą cię jak sępy padlinę, gdy na jutjubie fałsz swój opublikujesz. Ludzie wyczuwają fałsze, fałszerstwa i oszustwa. Ale odkąd aparat cackiem dostępnym dla arystokratów już nie jest, w Internecie, dwoi się i troi od pseudofotografów, którzy po prostu dobijają osoby o jakiejś mniej lub więcej fachowej wiedzy o sztuce. Nie sprzęt się tutaj liczy, ani znajomość programów graficznych. Tu liczy się oko. A nie obiektyw horrendalnie drogiej lustrzanki (wolę kurcze swoim seicakiem popierdzielać, notabene, sportstingiem i hybryda dziewięćsetki i tysiąc sto, aniżeli ośmieszać się na forum badziewiem z dobrego sprzętu). Biedna studentka jestem (no, ok., rodzice hojnie mnie sponsorują, za co  będę im do końca życia wdzięczna- serio, każdemu życzę takich kochanych i wyrozumiałych parentsów, chociaż zrozumiałam to po latach 🙂 ).

Czym różni się artysta od pseudoartysty? Ano, na początku artysta przede wszystkim pracuje. Mit o osobach uzdolnionych, zadufanych w sobie, właśnie zostaje obalony. Osoba, która jest wybitna, potrafi krytycznym okiem spojrzeć, ocenić, nie zawsze pozytywnie, ale zawsze konstruktywnie. Prawdziwy artysta, czy to malarz, czy fotograf, pisarz czy architekt, nigdy nie będzie zachwycony do poziomu „och, ach jestem wspaniały” nad swoim dziełem. Zawsze będzie coś, co go będzie drażnić, choćby pasowało do całości (jeszcze nie zrobiłam projektu, z którego byłabym całkiem zadowolona, choćby był to projekt na piątkę, a i takie się zdarzały, jak jakimś cudem przezwyciężyłam niechęć do systemu edukacji i oddałam w terminie; i nigdy takowego nie zrobię. Zawsze coś wynajdę). Pseudoartysta zaś, przekonany wszem i wobec o swoim talencie, nadzwyczajnych umiejętnościach, kosztach włożonych w narzędzie, wyżej będzie srał, aniżeli swój odbyt miał (wiem, kolokwialne, ale cóż, prawdziwe i dobitne- odbytnie?). Nic, że ortografia, gramatyka, stylistyka, interpunkcja, leksyka i inne będą padać jak deszcz w lesie tropikalnym. Nic, że nie ma nic do powiedzenia w innych sprawach. Nic, że z rowka między pośladkami swe opinie brać będzie jak owsik do otworu gębowego. Nie. On jest ARTYSTĄ.

I tu jedno ale: artysta to człowiek renesansu. Inteligentny. Konstruktywny. Nieco niezrównoważony emocjonalnie (często i to bardzo), acz przyznaje się do tego. I nie robi z tego halo. Nie udaje świętoszka, potrafi wyrazić swoje opinie, a nie łgać w oczy otwarte, jaki to on święty (i pier… nieustawny w życiu codziennym). Mówi jedno, choćby irracjonalne i dokładnie to samo robi. Pseudoartysta robi to drugie. Nie wiadomo co.

I na deser o przyjaciołach. Przyjaciel doceni, gdy podasz mu rękę. Nie będzie ciągnął za resztę ciała w stronę doła, by wydoić jak krowę na pastwisku i zakopać jak morderca zwłoki. Przyjaciel to także nie osoba, z którą raz wódki się napijesz i będzie cacy. Nie, z nim beczkę soli zjeść trzeba. Znać go długo trzeba. A nie „jeb!” w drzwi, na „proszę” nie poczeka (choć oddajesz się być może intymnym uniesieniom z ukochanym), choć widziałeś/aś go razy parę (ale raz wypito) i stoi w progu, i pieprzy, i soli nie na temat. Nie. I nie doprowadzi cię do stanu, gdzie musisz zaczerpnąć pomocy farmakologicznej (choć za godzinę musisz wsiąść za kółko i przebijać się przez pierniczony, zakorkowany Szczecin, gdzie jeżdżą jak w każdym wielkim mieście- czyli wiadomo jak). NIE.

Koteczek wtorek, List 6 2012 

 

Suche pastele, podobrazie płócienne 40×40 cm

Sztuka wyrywania sobota, List 3 2012 

Zrywa się kwiatki, zrywa się jesienią wiatr, który zrywa liście, które tworzą nawierzchnię nieprzyjazną postaci w butach na cienkim podwyższeniu, zwaną szpilką bądź obcasem. Zrywa się też więzi- emocjonalne i cielesne. A wyrywa się zęby. I wbrew pozorom, ma to więcej ze sobą wspólnego, aniżeli by się wydawać mogło.

Najłatwiej jest z mleczakami. Takie pierwsze ząbki, wiadomo, kiedyś wypadną i wyrosną w tym miejscu nowe, silniejsze i większe. Takie pierwsze miłostki z piaskownicy- wyrosły wprawdzie w wielkim bólu, przedzierając się bezlitośnie przez dziąsło, ale nikt o tym tak naprawdę nie pamięta (poza rodzicielką, która przez kolejne noce wpychała w buzię gryzaczka, z każdą kolejną nocą coraz bardziej przypominającą upiór z wigilii Wszystkich Świętych). Ładnie wyglądały, u niektórych było za słodko i się podpsuły, ale ostatecznie same zmuszały do pierwszych samodzielnych decyzji- zrobienia pętelki jak z szubienicy z nitki, zaciśnięcia wokół szyi delikwenta i- tu dwa są sposoby- przyczepienia końcówki do klamki i trzaśnięcia drzwiami, bądź też mężnego pociągnięcia sznurka jak spłuczki w starym stylu.

Stałe zęby sprawiają już nieco więcej problemów. Można oczywiście zrzucić winę na nie same, ale- jak zawsze w przypadkach, gdy coś się psuje- wina leży po obu stronach. Nie wnikając w sprawy win i innych alkoholi, ząb zaczyna się psuć. Najpierw coś boli. Apap, Ibuprom, Ketonal (artykuł ten zawiera bowiem lokowanie produktów). Niby ból uśmierzony, niby wszystko jest na dobrej drodze. Ale to tylko pozory. Jak już się zaczęło psuć, to się nie odpsuje. Zaczyna coś śmierdzieć. I wtedy podejmujemy pierwsze kroki w kierunku uzdrowienia związku (dziąsło- ząb).

Leczenie. Idziemy do specjalisty, co zna się na tych sprawach. Szuka problemu, bowiem nie zawsze on jest widoczny- czasem próchno widać już na wstępie, czasem jest ukryte gdzieś głębiej, pod szkliwem. Bądź co bądź, wygrzebać to musi, oczyścić atmosferę i założyć plombę. Ołowianą, co widać będzie za każdym razem, jak się spojrzy (ale trwała jaka za to- co nas nie zabije, to wzmocni przecież!), albo taką białą, światło utwardzalną. Wygląda całkiem zacnie, kryzys więc wyleczony i zamaskowany. Acz mankament ma jeden- lubi wypadać i czuć dziurę, pustkę i niesmak. A gdy rana jest otwarta, łatwo takową zainfekować. O wtedy się zaczyna…

Wyrywanie. Ostateczność, gdy już śmierdzi i gnije. Na ogół czynność ta następuje po znieczuleniu, rzadko kiedy na żywca czy innego browara. Ukłucie w bok (dziąsła w tym przypadku) i człowiek w sterylnym fartuchu o osobowości o tyle znanej, ile anonimowej, przystępuje do makabrycznego zabiegu. Wyrywanie jest ostatecznością. Przeważnie wcześniej nasza twarda część w ustach jest zatruwana, martwa, ale JEST.

Najgorzej, jeśli usuwany jest ząb przedni. Brak jest widoczny dla każdego, protezka, implant- nieuniknione. Trzeba szukać zastępstwa. Nie dość, że komfortu brak, to jeszcze estetyka dyskusyjna. W przypadku wyrwanego kła następuje dodatkowa komplikacja- ani nic ugryźć, ani nic nadgryźć, a zgryzota zostaje. Najlżej, jeśli chodzi o tylne. Owszem, czuć, ale przynajmniej nie widać i nie ma konieczności uzupełniania ubytku- można z tym wszakże żyć. Nie za wygodnie, ale przynajmniej spokojnie.

Najciekawsze są przypadki tak powszechnie zwanych ósemek. Oznaka dojrzałości i mądrości (w końcu to ona im patronuje). Co ciekawe, wymagają najwięcej pielęgnacji u większości ludzi, gdyż zwykły się psuć jako pierwsze. Niektórym nigdy nie wyrastają. Niby są potrzebne. Ostatecznie można bez nich się obyć- nie odczuwając przy tym jakichkolwiek dysfunkcji. Wyrywanie takiego delikwenta może skończyć się zwichnięciem szczęki i innymi powikłaniami. Te usuwać najlepiej pod wpływem głupiego Jasia i chirurgicznie na dodatek, za pośrednictwem adwokata.

Należy pamiętać, iż w dzisiejszych czasach zawsze można znaleźć substytut dla ubytku. Protezy- wymienne, wyglądające jak naturalne, bardziej trwałe- implanty, przykręcane bezpośrednio do kości szczęki- nic nie widać, nic nie słychać, choć to jednak zastępstwo… 😉

Kiedy ogień gaśnie sobota, List 3 2012 

Kiedy ogień gaśnie

Płomień jeszcze skrzy

Wczoraj pożar marzeń

Dzisiaj kurz

I pył

 

Kiedy ogień gaśnie

Chłód

Ręka drży

Wczoraj gorąc parzył

Dzisiaj dusi

Dym

 

Kiedy ogień gaśnie

Z nieba lekko mży

Wczoraj barw ognistych

Taniec

Przebudzenie

Cichy krzyk

.

.

.

Wygrzebane ze… szkicownika (chyba miałam wenę gdzieś w terenie…;))

Zrozum babę, chłopie ;) czwartek, Sier 23 2012 

Czyli jak zrozumieć kobietę 😉

Zrozumienie kobiety jest znacznie prostsze, aniżeli zdawać by się mogło. Wcale, a w ogóle, nic a nic, nie jesteśmy jakoś szczególnie skomplikowane. A że diabeł kryje się w szczegółach, na owych się w poniższym tekście skupię.

HUMORKI I WAHANIA EMOCJONALNE

Hasło jak najbardziej niezrozumiałe dla przedstawicieli płci męskiej. A proste do zrozumienia jak budowa cepa. Dzierżak, ten dłuższy kij, to nasz cykl miesięczny, zaś bijak to dominujący aktualnie hormon. Bijemy nadmiarem estrogenów. Biją one i nas, głównie po głowie, po naszych przednich zderzakach i brzuchu. A chodźcie sobie z takimi mega bolesnymi zakwasami przez tydzień czy dwa. Albo właściwie połamani jak przy grypie i gorączce. Też marudzicie, nieprawdaż? Tylko grypa jest sezonowa, a na PMS mamy sezon comiesięczny. Nasze cudowne genetycznie mutowane jedzonko wcale nie pomaga, wręcz przeciwnie- ok. 10 do 15 % kobiet cierpi na PCO, często bardzo późno diagnozowane, bo szanowni lekarze wszelkie anomalia uważają za jak najbardziej normalne u młodych kobiet. A potem dopiero jest kuku.

Powiadają ponadto, by nie wchodzić pod szpilki kobiecie z okresem, bo mężczyzna sam może krwawić. Takie to dziwne? A wyobraźcie sobie kopniaki po klejnotach przez klika dni. To tak obrazowo.

HISTERIA ZŁAMANEGO PAZNOKCIA

Syndrom ten kiedyś bardzo długo tłumaczyłam kumplowi przy piwie. W skrócie chodzi o to, że przez powiedzmy 2-3 tygodnie robimy wszystko jak najdelikatniej, opuszkami palców, pilnujemy się jak pies ogrodnika jabłek, ścieramy pilniczkiem jak gryzoń ząbki na gałązkach (lub kablach, jak w przypadku moich koszatniczek), jedna mała chwila nieuwagi… i po całym wysiłku. Paznokieć hodowany przez kilkanaście dni nie odrośnie dnia następnego. Takie są prawa natury i smutna rzeczywistość.

FOCHY

Tu będzie ciężko jak z cegłówkami na plecach (a nosiło się na materiałoznawstwo w technikum w celu ulizania pewnej części ciała nauczycielce ;)). Ciężko mi coś powiedzieć na ten temat, bo ostatniego foszka puściłam ponad rok temu i właściwie nie wiem, dlaczego 😉

PAMIĘTLIWOŚĆ

Kluczem do zapamiętywania jest emocjonalność. Jeśli podchodzi się do czegoś z pasją, wiedzę chłonie się jak gąbkę. Jeśli ktoś zalezie za skórę, emocje nie są słabsze, aniżeli przy pasji. A winę za to ponosi nasza…

EMOCJONALNOŚĆ

Bowiem kobieta to stworzenie niezwykle uczuciowe i emocjonalne. Pretensje do Mamusi Natury. Bo my musimy martwić się o potomstwo (a jak go nie mamy, to podświadomie się do tego przygotowujemy), o jego przetrwanie w miejskiej/ wiejskiej dżungli, pośród cwanych małp, przypakowanych goryli, żerujących hien i ścigających się szczurów. My się lubimy opiekować, tak już jesteśmy skonstruowane. Co nie oznacza, oczywiście, że nie lubimy, kiedy ktoś i o nas dba. Bo to powinno działać w dwie strony, taka homeostaza.

FEMINIZM

Taka fanaberia dojrzewających i zakompleksionych, usiłujących za cenę wszelaką udowodnić swą pozorną wyższość, jeszcze bardziej uwidaczniając swą niższość. A wszystkiemu winne są…

KOMPLEKSY

Ale na ten temat nie ma co się nadto rozpisywać, bowiem, Panowie drodzy, znacie to doskonale z autopsji i możecie twardo w zaparte się wypierać, ale zbyt wielu z Was puściło już mi parę z buźki na te tematy 😉

PLOTKI

I tu nie ma co się zagłębiać- jakoś tak się składa w całość, jak się z Wami pogada. O najlepszych i najsmaczniejszych, tudzież najpikantniejszych kąskach z życia znajomych, jakoś zawsze od Was się dowiaduję 😀 Wszelako natura Człowieka już tak działa, że lubi czasem poobrabiać części poniżej kręgosłupa, tudzież kość ogonową jako jego zakończenie i okolice zwieraczy innego Homo Sapiens 😉

ZAKUPY

A to akurat zrozumiałam stosunkowo niedawno. Ale tego zachwytu, samozadowolenia w nowej kiecce po prostu nie da się opisać. No nie da, sorki 😉 Babska próżność, ot co, chyba tak będzie najkrócej.

ECRU, LATTE I INNE DZIWNE KOLORY

Za to proszę winić czasy prehistoryczne, jak mężczyźni musieli zauważyć zwierzynę zza krzaków, a kobiety doprawiały ją różniastymi, wielobarwnymi przyprawami. Tak nam zostało.

„DOMYŚL SIĘ”

Tutaj bardzo przepraszam, ale do dzisiaj nie mogę się domyśleć, o co w tym chodzi…

ZAMIŁOWANIE DO PEDANTYZMU

A do tego jeszcze nie dorosłam. I chyba z moją artystyczną duszą nigdy nie dorosnę 😛 Ale żeby nie było- wyszorowałam dzisiaj Bąbelka (moje autko), odkurzyłam w nim (koszatniczki mi sajgon zrobiły, po ostatniej prawie 300- kilometrowej- w dwie strony- wycieczce z klatką z tyłu), i przeczyściłam plaką kokpit. Niefortunnie spadł deszcz, a jakże, a ja już zdążyłam zostawić puszkę po energetyku na półeczce…

To tyle na dzisiaj 😉

Miedwie piątek, Sier 17 2012 

odgrzebane, z odzysku, po spalonym dysku…

ja tak tylko… sobota, Sty 21 2012 

Lekko zaganiana (sejsa, praca, gryzonie, luby itd…;))… Albo do konkretów:

http://agatasitko-bizuteria.blogspot.com/

Zapraszam! 🙂

Sztuka użytkowa poniedziałek, Gru 26 2011 

Żeby nie było, że przeszłam w stan lotny pomiędzy azot, tlen, wodór i inne związki, w tym spalinowe… 😉 Coś ze sztuki użytkowej- zdjęcia jakość kiepska, bo skleroza zapomniała aparatu i musiała się telefonem posłużyć 😉 Coś dla płci pięknej- moja radosna twórczość 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sebastian niedziela, List 20 2011 

Dziurka od klucza poniedziałek, List 14 2011 

…bo w życiu tak jest, że jeśli nie zamkniesz za sobą jednych drzwi, to nie otworzysz następnych. Możesz oglądać inny świat, świat, który może być twoją nową rzeczywistością, jedynie przez dziurkę od klucza. Co więc powstrzymuje od zamknięcia za sobą tej ruchomej przegrody? Dlaczego tak trudno jest zostawić coś, co sprawia ból, co nijak nam nie odpowiada? Zaraz, a kto powiedział, że coś nie pasuje? Jesteśmy pokoleniem masochistów.

Od dziecka uczą nas bycia nieszczęśliwym. I chociaż podstawowe doktryny nie zmieniają się od lat, stając się wręcz mantrami, to jednak szczęście, do którego dąży człowiek, zdaje się być nie tyle nieosiągalne, co po prostu niemile widziane. Paradoks? Przecież sens życia polega na tym, by być szczęśliwym- a na to każdy ma indywidualny sposób. No właśnie- wielu z nas jest jego świadomych, a jednak, bardziej lub mniej, unika drogi samospełnienia.

Żyjemy w czasach, gdzie życie goni do przodu i nie ogląda się na pojedyncze jednostki. Najłatwiej zwalić winę na dzisiejsze czasy. Ale czy wieki temu było lepiej? Nie było telefonii komórkowej, nie było komputerów, Internetu, powszechnego obowiązku edukacji. Panowała ciemnota, najwięcej do powiedzenia miał kościół (nie to, żebym się czepiała) i przynależąca jemu inkwizycja (jeszcze król, królowa… małpa miała większe prawo głosu, niż wdowa- ale to takie wtrącenie). Kobiety szczęśliwe, wolne, popadały w zniewolenie i lądowały z kamieniem u nogi na dnie rzeki (jeśli były czarownicami, to by wypłynęły; kiedy nie wypływały, świadczyło to o ich niewinności i zbawieniu), albo płonęły na stosie. Za znachorstwo (parzenie melisy, bongo- bongo i te sprawy…), za nierząd (ludzki popęd seksualny- przeto podstawowe potrzeby człowieka od wieków uznawane są jako grzech nieczystości…), za wróżby, jasnowidztwo (ciemne chmury, będzie deszcz). Zasady wciąż te same, chociaż ubrane w inne słowa i insze czyny.

Młodzież się rozhulała. Jasne, kilkadziesiąt lat wstecz wcale nie było seksu przedmałżeńskiego, zdrad i dzieci z łoża antagonistycznego do prawego. Tylko wtedy nazywano (niczemu winne) dziecko bękartem. Dzisiaj panuje teoretyczna tolerancja. Teoretyczna- bo w praktyce każdy wie, jak jest (i niech zabije mózg swój dechami- niech tylko odwróci swoją szanowną banię).

Wszyscy zaczynamy i kończymy w ten sam sposób. Zaczynami od kosmicznego wystrzału małej komórki z ogonkiem od osobnika homo sapiens z ogonkiem, bierzemy udział w pierwszym wyścigu, wżeramy się w taką dużą kuleczkę z kolejnym materiałem genetycznym. Kończymy oddając ostatni oddech. Co jest później- nie wiem. Ja wierzę w reinkarnację. Inni przyjmują filozofię nieba i ziemi. Dla innych nie ma nic. To nieistotne- wszyscy umieramy. I tak, na pewno na łożu śmierci będziemy wspominać godziny tej cudownej harówki, podkładania sobie wzajemnie świń i innych zwierzątek mających w zwyczaju głośno mlaskać przy dużej misce i robić bardzo śmierdzącą kupkę. Na pewno będziemy z satysfakcją wspominać, ile to razy nawzajem uprzykrzyliśmy sobie życie, przeglądać wyciągi z konta i starać się za wszelką cenę jeszcze je jakoś pomnożyć. Nie? No niemożliwe.

Nie chodzi o to, żeby żyć w biedzie. To nie jest szczęście. Ascetyzm był modny w średniowieczu. Sama pracuję, chociaż jeszcze jestem na etapie edukacji. Robię to, co lubię i w czym się widzę przez następne długie lata- bo projektowanie to w dużej mierze sens mojego życia. Ale czy będę wspominać projekty i ich realizacje, umierając? Nie sądzę. Stawiam na ludzi w jakiś sposób mi bliski i bliższy. Stawiam na wspomnienia z nimi. Stawiam na te wszystkie wspaniałe chwile, które RAZEM przeżyliśmy, i które RAZEM przeżyjemy. Jeśli komuś kiedyś dam życie- pewnie będzie to najważniejsza taka osoba, której będę chciała wszystko przekazać. Żeby rozwijać się dalej. Bo rozwijać się, mieć kogo kochać, szaleć, żyć z pasją- to jest szczęście. Ale być szczęśliwym, to nie tylko biegać z głową pośród obłoków, bo w końcu może jakiś piorun trzasnąć- to stąpać twardo po ziemi i skakać jak najbliżej słońca…

Piorun środa, List 9 2011 

A niech to piorun trzaśnie…

Pastele olejne

Podobrazie płócienne 50×60 cm

Psychodelia sobota, Paźdź 29 2011 

Psychodeliczne zadanie: namalować zmianę mojego życia. Bez szczegółów 😉

Podobrazie płócienne 50×60

Farby akrylowe

http://allegro.pl/obraz-natura-abstrakcja-i1909021803.html

Puszczanie latawców środa, Paźdź 26 2011 

Puszczają się nerwy, puszczają się bąki i fruną w przestworza nad wyimaginowaną łąką pod ciepłą kołderką w romantyczne zimowe wieczory. Puszczają się panny, puszczają się bańki i zniekształcają eliptycznie (a czasem nawet epileptycznie) widok. Puszczają w telewizji, w radio- medialna prostytucja. Puszcza się latawce, by wirowały wśród podmuchów wiatru (jakież to poetyckie i romantyczne). Puszcza Notecka (pierwsza, która do głowy mi przyszła). I Bukowa, w Szczecinie (łaaadniutka, polecam na wycieczkę- jedno z niewielu miejsc uroczych w tym mieście). Puszczają się ptaki kolorowe, pawie oka, z sałatki jajecznej, chipsów i innych przekąsek, zazwyczaj o kwaśnym zapachu i zabarwieniu jego woni alkoholem…

A życie to podpuszczanie. Diabelskie kuszenie, jak faceta obcisłymi rajstopkami.  Chwila nieuwagi, salsa hormonów i (nie)szczęście gotowe. Łyk adrenaliny- byleby poszedł układem pokarmowym, a nie gdzieś w okolicy tchawicy zbłądził, bo w płucach to gorsze od asfaltu z dymu tytoniowego (btw. wolę nie znać stanu swoich płuc…).

Co za dużo, to i świnia nie zje. A nie daj Siło, w którą święcie wierzysz (nie daj Energio- bowiem entuzjastka fizyki kwantowej ze mnie), organizm nie przyzwyczajony do tego typu substancji. Jak nie pawik, to zabawa z rozstrojem żołądka. I później albo uraz, albo kolejne, mniej lub bardziej (bo jednak zawsze), destrukcyjne uzależnienie.

Puszczanie nie jest wcale takie złe, jak fonetyka jego wskazuje. Synonim puszczalstwa, zwany popularnie odpuszczaniem, wywołuje nad wymiar miłe skojarzenia. Grzechy, na przykład. Można je odPUŚCIĆ  (choć zwolennikiem zwierzania się jakiemuś facetowi za dziwną kratką w pojemniku, który konstrukcyjnie przypomina mi szalet polowy, nie jestem- ale to już tylko moje zdanie- nikomu go nie narzucam). Jak coś nie wychodzi, to lepiej sobie odPUŚCIĆ. A jak się wolno (lub szybko- co kto lubi) puści, to może samo wróci, albo się inne rozwiązanie pojawi.

Zazwyczaj do czynności puszczenia popycha siła i opór. Tak, tak. Żeby coś (o)puścić, należy najpierw kurczowo trzymać (a później skąd reumatyzm i skoliozy… zwłaszcza te psychiczne). Żeby coś dopuścić (do siebie), najpierw trzeba trzymać się (kurczowo) z daleka od danej informacji. Można też sobie też wszystko, ale to kompletnie WSZYSTKO odpuścić i się nieźle zapuścić (w maliny, przykładowo- smaczne kąski, ale jak się kolce w nieodpowiednie części ciała wbiją, to już nie jest tak słodko i uroczo).

Tak więc, moi Drodzy, puszczajmy, odpuszczajmy, dopuszczajmy do siebie, prawdę przede wszystkim, nie zapuszczając się za bardzo przy tym, wpuszczajmy nowości do drzwi zacnej naszej egzystencji, a gdy miejsce odpowiednie się znajdzie, zapuszczajmy lekko korzenie (lekko- żeby potem nie bolało jak na fotelu stomatologicznym- wprawdzie nigdy tego nie doświadczyłam, ale się nasłuchałam 😉 ).

To tak na chwilę obecną, bo zapuściłam się w projektach, papierach, pracy, uczelni, urokach, zauroczeniach (?) i innych sprawach przyziemnych 😉

Następna strona »

%d blogerów lubi to: