A jednak. Jest takie miejsce, które przypomniało mi, że jeszcze nie tak dawno byłam wrażliwą dziewczyną, która kiedyś naprawdę kochała, która potrafiła wiele wybaczyć i naiwnie brnąć do przodu, poświęcając przy tym najważniejszą osobę w swoim życiu- siebie samą. Że byłam łatwowiernym dzieckiem nie znającym zasad rządzących tym światem, wierzącym, że każdy człowiek jest dobry, tylko gdzieś po drodze błądzi…
Nie było tylu rond. Kilku ulic też sobie nie przypominam. Ale pasaż dalej nieremontowany, główne ulice szare, a park przy Miejskim Domu Kultury, jak każdej wiosny, zielony…
Na cmentarzu nie było tylu grobów. Na jego obrzeżach, z których widać Landskorone i wieżowce na osiedlu Powstańców Śląskich, świeciły pustki. Dziś jest więcej krzyży… I tylko wiatr tak samo wplątuje się we włosy…
Na znajomych twarzach pojawiło się kilka zmarszczek. A z każdą kolejną jakby odchodziła część rześkości i radości…
Łąkami i lasami, gdzie zwykłam odpoczywać w trakcie wycieczek rowerowych w upalne dni, dziś już nie można przejechać. Ani nawet przejść. Można co jedynie zaparkować przy kolejnym centrum handlowym.
I tylko powietrze jest to samo- takie lekkie, jakby rzadsze… Widać i czuć szczyty w oddali…
Kiedyś jechało się „do miasta” z babcią. Dzisiaj nie ma ani miasta, ani babci. Znam to miejsce na pamięć, każdy jego zakątek. Dziś mieszkam na Pomorzu, w mieście, w którym notorycznie się gubię i mam problem ze znalezieniem się. Zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.
Czy z Górnego, czy z Dolnego- Ślązak urodzony, Ślązakiem umrze…
