W ogniu złocistym
Gdy powietrze zadrgało
Nad niebem bezchmurnym i czystym
Dziecko cicho załkało
Ukradł mu świat nieznany
Dzieciństwa marzenie
Wessał wir huraganu
Zostało wspomnienie
Zbyt szybko młodość odebrana
Na dorosłość przez szkło patrzyła
Młoda dusza jeszcze nieprzygotowana
Jeszcze nadzieja się cicho tliła
.
Zbyt młoda to pora
Upadek pierwszy bolesny
Do snu nieskora
Dzień jeszcze wczesny
Lecz za późno by dostrzec blask poranka
I w bezruchu śpiew ptaków podziwiać
Brutalnie umarła sielanka
Mignęła jak miłości chwila
.
I lata pędziły
Chwile przyćmione
Jak drugą stroną skrzydeł motylich
Bez blasku kolorów
I spadały gwiazdy
Gwałtownie i z pośpiechem
Mając światu za złe
Bez uciechy
.
Przyszedł czas na przebudzenie
Z chłodnej powstanie ziemi
By sięgnąć zapomniane dawno marzenie
I dzień każdy cenić
Odejdą postaci
Te bliższe i te dalsze
Zmyje je czas w deszczu zatraci
I ześle inne dojrzalsze
