z serii opowiadania studenckie
Wspomnienie roku pierwszego. Taki sentyment, gdy tytuł inżyniera niedługa przyświecać będzie zacnie przed godnością naszą… Człek nieświadomy taki jeszcze był. Rozdziewiczenie. Pierwsza rzeź niewiniątek, kolokwium, jakże to się przeżywało! Rozkosz w zwątpieniu, strach, przyspieszony puls… Pełna chemia, choć nie nasz to kierunek.
Takiemu podrostkowi, co sięga już nieco wyżej niż źdźbła trawy przydomowego trawnika i co ten trawnik widzi raz na jakiś (nieco dłuższy) czas (by ponabierać wałówki w słoikach roboty kochanej mamusi), to nieco wolność uderza w centralny układ nerwowy. Chce się bawić! Nie ma smyczy! Nikt kagańca nosić nie każe!
Idzie to na pierwsze balety. O tak, pamiętam je doskonale. Poznałam takiego kolegę o wysokim poziomie intelektualnym, znacznie niższym levelu kulturalnym. Wymiana zdań, formułowanie argumentów, wygrana bitwa słowna, o zgrozo (dla niego), przy jego szanownych towarzyszach, również samcach. My, dzielne samice… I druga impreza, gdy na parkiecie wiłyśmy się z gracą żmij pełzających po terenie piaszczystym.
-Tomek za tobą- poinformowała Paulina, ówczesna ma współlokatorka.
Wzruszam ramionami, gestem, by jak najbardziej zalotnie z tyłu wyglądać, wnętrzności gotują się mi i smażą, oczy z wściekłości z orbit wyłażą.
-Matylda…- chwyta mnie za ramię Tomasz.
Nieco wyższy, emanujący pozornym urokiem osobistym, zadufany w sobie, egocentryczny, o wybujałym ego, początkującej łysinie. Brązowe włosy na żel, uśmieszek od ucha do ucha, jednak mimika jego okrągłej twarzy zdradza nutę fałszywości. Mięśnie w okolicach kości policzkowych jakby nienapięte, zielone oczy bez wyrazu.
-Spadaj- rzucam na odczepnego.
-Matylda, słuchaj- nie daje za wygraną.
-Spadaj- ponawiam polecenie. –Ślepy jesteś? Trzeźwa jestem.
-Matylda- ten znowu swoje. –Słuchaj, głupi wyszło ostatnio…
-Czy ty naprawdę jesteś ślepy?- pytam już z dużą dawką arogancji.- Jestem TRZEŹWA i nie będę z tobą konwersować.
-Matylda, chodź na drina, pogadamy…
Moje odpowiedzi utrzymywane były cały czas w jednakowym tonie, rytmie i melodii. Ale w końcu dałam się namówić. Wzięłam ze sobą (niezbyt zadowoloną) Paulinę.
Jakże miło nam się rozmawiało! Tylko Paulina zachowywała trzeźwość umysłu, permanentnie odmawiając spożycia serwowanego przez Tomka i jego towarzyszy alkoholu, stanowczo twierdząc, że z wrogami nie pije.
Było uroczo, ochoczo i jakże miło. Ale Paulina chwile te ukróciła, zabierając mnie na stancję. Ból psychiczny i fizyczny, kac morderca łapać za głowę zaczął i nią potrząsać…
