Ryzyko: złamany kręgosłup, szerzej pojęte urazy fizyczno- psychiczne. Do zyskania: dzika, nieokrzesana satysfakcja, gratyfikacje wszelkich maści, kultowy performance i aplauz widowni, wszem i wobec poważanie… Lub utonięcie i bycie w poważaniu…
Misja: spektakularny sus do wody. Czas i miejsce skrupulatnie dobrane. Taka jest wersja pierwsza. Wariant drugi: uciekanie przed nie wiadomo czym, bieg, galop! I- ło-oł… Brak gruntu pod nogami. Skończyła się nawierzchnia, skarpa jakaś czy coś, a na dole woda. Ale mus to mus: skaczemy! No, chyba że lepiej postać w miejscu i czekać, aż życie czy inna pochodna egzystencji cholera dopadnie w swoje macki, wymłuci i tak, czy owak wypluje do tej wody…
Najlepiej, jak ta woda głęboka. Tak, żeby dna widać nie było. Bo bez dna to i korzyści zapewne niewymierne. Byleby nie do studni- mały obszar do popisu i pobazgrania, a i wydostać się to sztuka, a część ciała służąca do siedzenia i przyjmowania medykamentów domięśniowo szybko namaka i przemaka.
Wąskie rzeczki, rzeki, cieki i inne płynące swoim nurtem raczej też odpadają. Jeśli nurt nadto silny, zbyt łatwo można popłynąć. A pod prąd wiosłować to tak trochę niezdrowo- łatwo się zmęczyć, zamęczyć, nabawić kontuzji. A jak jeszcze jakieś piranie podskubią i zostawią taki niedojadek grubym rybom na pożarcie, to już całkiem… Później taka połowicznie strawiona padlina na brzeg wyrzucana jest…
Morze w zasadzie też trochę ryzykowne. Perspektywy w każdym bądź razie szerokie. Tylko te fale takie problematyczne. Albo wyniosą na ocean, albo podtopią bądź zatopią. A wypluwać słoną wodę, to dziękuję. Żadna przyjemność. Bardzo istotne są też w tym przypadku warunki atmosferyczne- grunt to wypłynąć i złapać wiatr w żagle. A potem to już tylko dryfować i kołysać się w rytm fal. Do pierwszego sztormu. Ale i to jest okazja- windsurfing to moc wrażeń i ten smaczek tego słodkiego hormonu, jak mu tam… adrenaliny.
Od biedy można jeszcze to sobie wszystko skrupulatnie zaplanować. Ot, wskoczyć sobie do rzeczki, płynąć z nurtem epoki, niech tam sobie wyrzuci do morza, a ten do oceanu… Ale żywiołom ufać nie można… No i w rzece można utknąć na jakiejś mieliźnie czy w innym bagnie…
/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-priority:99;
mso-style-qformat:yes;
mso-style-parent:”";
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin-top:auto;
mso-para-margin-right:0cm;
mso-para-margin-bottom:auto;
mso-para-margin-left:0cm;
mso-line-height-alt:0pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:11.0pt;
font-family:”Calibri”,”sans-serif”;
mso-ascii-font-family:Calibri;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Calibri;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;
mso-bidi-font-family:”Times New Roman”;
mso-bidi-theme-font:minor-bidi;}
Na główkę hop!
Ryzyko: złamany kręgosłup, szerzej pojęte urazy fizyczno- psychiczne. Do zyskania: dzika, nieokrzesana satysfakcja, gratyfikacje wszelkich maści, kultowy performance i aplauz widowni, wszem i wobec poważanie… Lub utonięcie i bycie w poważaniu…
Misja: spektakularny sus do wody. Czas i miejsce skrupulatnie dobrane. Taka jest wersja pierwsza. Wariant drugi: uciekanie przed niewiadomo czym, bieg, galop! I- ło-oł… Brak gruntu pod nogami. Skończyła się nawierzchnia, skarpa jakaś czy coś, a na dole woda. Ale mus to mus: skaczemy! No, chyba że lepiej postać w miejscu i czekać, aż życie czy inna pochodna egzystencji cholera dopadnie w swoje macki, wymłuci i tak, czy owak wypluje do tej wody…
Najlepiej, jak ta woda głęboka. Tak, żeby dna widać nie było. Bo bez dna to i korzyści zapewne niewymierne. Byleby nie do studni- mały obszar do popisu i pobazgrania, a i wydostać się to sztuka, a część ciała służąca do siedzenia i przyjmowania medykamentów domięśniowo szybko namaka i przemaka.
Wąskie rzeczki, rzeki, cieki i inne płynące swoim nurtem raczej też odpadają. Jeśli nurt nadto silny, zbyt łatwo można popłynąć. A pod prąd wiosłować to tak trochę niezdrowo- łatwo się zmęczyć, zamęczyć, nabawić kontuzji. A jak jeszcze jakieś piranie podskubią i zostawią taki niedojadek grubym rybom na pożarcie, to już całkiem… Później taka połowicznie strawiona padlina na brzeg wyrzucana jest…
Morze w zasadzie też trochę ryzykowne. Perspektywy w każdym bądź razie szerokie. Tylko te fale takie problematyczne. Albo wyniosą na ocean, albo podtopią bądź zatopią. A wypluwać słoną wodę, to dziękuję. Żadna przyjemność. Bardzo istotne są też w tym przypadku warunki atmosferyczne- grunt to wypłynąć i złapać wiatr w żagle. A potem to już tylko dryfować i kołysać się w rytm fal. Do pierwszego sztormu. Ale i to jest okazja- windsurfing to moc wrażeń i ten smaczek tego słodkiego hormonu, jak mu tam… adrenaliny.
Od biedy można jeszcze to sobie wszystko skrupulatnie zaplanować. Ot, wskoczyć sobie do rzeczki, płynąć z nurtem epoki, niech tam sobie wyrzuci do morza, a ten do oceanu… Ale żywiołom ufać nie można… No i w rzece można utknąć na jakiejś mieliźnie czy w innym bagnie…
